Pan Tealight i Wygódka Strajk…

„No co…

… przecież każdy w końcu jakoś musi, no wiecie, musi w końcu wyrzucić TO z siebie. Aczkolwiek może niekoniecznie tym otworem i w ten sposób, no i wszelako tak… no wiecie, oczywiście, że cuchnęło, ale w końcu to wciąż ekologia, więc o co wam wszystkim chodzi, w końcu mogliście TO…

Zatrzymać dla siebie…

Ha ha ha!!!

Wiedźma Wrona Pożarta ubawiła się z tego stokrotnie. Nie no, pewno, że czuła się lekko winna… troszeczkę, minimalnie, odrobinkę… no dobra, nie oszukujmy się, nie czuła się winna w ogóle, uważała, że co jak co, ale czasy są tak pojebane, że jeśli coś robić, to właśnie teraz, a nie kuźwa cierpieć i czekać.

Jak strzelać, to celować dobrze, jak pluć, to brać wielkie pestki i…

I tak dalej.

Może i jej rozmowa z Wygódką była nie do końca przemyślana, ale co może być przemyślane w czasach, w których dziwni ludzie decydują dziwne rzeczy w dziwnych sprawach? No weźcie no, rozejrzyjcie się, gówno wszędzie, taka prawda… a że śmierdzi, a co ma robić?

Kurna…

Tańczyć?

Choć z drugiej strony… no i tutaj był problem, znaczy nie tyle, że nagle się zobjawił, wiecie, z cienia wylazł, czy zza rogu wychnął, nie… nadmierne myślenie Wiedźmy Wrony i połączona z nią imaginacja zwana potocznie wyobraźnią… współżyli jawnie i radośnie, czasem nawet i nazbyt głośno, wiecie, nie każdy chce słyszeć oną radosną seksualną twórczość i jednocześnie ją jakoś tak odczuwać, dajmy na to przy obiadku z teściami „to be”… no problematyczne może się to okazać dla niektórych, dla pewnych sytuacji, osób, czy nawet zwierzątek, onych wiecie, nieświadomych czasem, a czasem nazbyt świadomych bożątek niebożątek…

Ekhm…

No więc… golem.

Golem powstał, Strajk go nazwały i zaczął tańczyć, a że nie starczyło mu miejsca w gospodzie… eee, nie ta bajka, nie stykało mu plejsu dookoła Białego Domsotwa, więc wiecie, w tanecznym korowodzie nie powiódł za sobą milionów… z podowu zapachu oraz braku onych milionów… ale siebie, rozpadającego się powoli, nazbytnio powoli, miejscami zasychając, miejscami wydając bardziej mlaszczące niż pląsające tony… Powstał i zatańczył, było…

Było jej nie prowokować.

Żadnej z nich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Malmö

Te wrzące dni września mnie dobijają, serio. Człowiek już oddychał, a tutaj wrzące słońce, duszności, ale i wiatr taki jakiś chłodny, dom się nagrzewa, nagle wiatr się wyłącza i człowiek się dusić zaczyna… ale przecież akurat to w przyrodzie normalne, wiecie, one ostatnie powiewy lata.

Wszelakiego lata…

… więc nic dziwnego, ale jednak…

… kurde no, chcę już chłodu, odpoczynku, tym bardziej, że jakoś noc nie przynosi sennego wytchnienia, sny mają w sobie wiele utraty tego, co najważniejsze, wysokich budynków, chwiejnych budynków, wszelakich dziwnych przeprowadzek, wszystkiego takiego… niepokojącego, wąskie ścieżynki, kładki ponad niewiadomoczym, ale wiadomo, że niebezpiecznym i przerażającym…

Wiecie, bywa tak.

Czy przepowiednie?

Może…

Ale miało być o zakończeniu wakacji, o drodze powrotnej… która była, na szczęście dość okay. I przyniosła łosia. LOL No co, nic na to nie poradzę, kocham łosie!!! A zabieranie ich z tych sklepików przy stacjach benzynowych, to naprawdę fajna sprawa. Szczerze. Jedziecie sobie wtedy i macie łosia na kolanach… i wspomnienie. Sięgania, oczu szklanych, tego lekko nie do końca poprawnie zszytego rogu, łapki… no wiecie, czegoś, co jakoś sprawia, że to akurat ten, na pewno ten, nie inny…

A w Malmö

O rany, sobota, więc ludzi na ulicach… może nie tyle co zwykle w sierpniu, o takiej porze, w taką cudowną, jak inni to widzą, wiecie, słoneczną pogodę… muzyka przygrywa, seryjny koszmar dla kogoś z autyzmem, tłok, dziwne zamroczenie, po prostu nie mój świat. Zwyczajnie. Jakoś tak, w lesie jest o wiele spokojniej, choć cienie człowieka napadają, łosie kupy i wielkie robale, wiecie… mchy i wszelkie porosty. A w mieście… nie wiem, nie odnajduję się, chyba że ono puste.

Puste może być, a Malmö naprawdę lubię.

Tym razem udało nam się wcześniej upatrzyć wieszaki…

Udało się, bo kupiliśmy ostatnie.

Zgadnijcie w jakim kształcie, oj tak, łosiowe. Sorry, ale misiów polarnych nie było, a szkoda… naprawdę… ale może kiedyś się uda, kiedyś się uda i da, i wszelako, wiecie, nasz domek będzie w końcu wykończony w tych elementach, w których chcemy, ale jednak, na razie to marzenia. Człek wie jak chce, widzi rzeczy w takim wielkim mieście i tyle. Może na nie popatrzeć, ale raczej nie kupi, bo go nie stać.

Uskładał na łosie. LOL

Ystad.

Oczywiście dla nas zawsze to jest ostatnie miejsce, zakończenie podróży. Czasem udaje nam się posiedzieć tutaj dłużej, czasem w ogóle, ale jednak… to naprawdę urokliwe miasteczko. Nie do końca zróżnicowane, raczej utrzymane w takich cudownej stonowanej małomiasteczkości. Spokojne, chociaż jak ludzie wyjdą na weekendowe spacerki po rynku, to wiecie, jest ich trochę.

A już szczególnie teraz, gdy wszystko tak ślicznie oświetlone.

Bo wiecie, rynek w Ystad stary, więc odpowiednio i oświetlony.

Wschód i zachód słońca wprost idealnie wpasowywują się w one uliczki wąskie, cudowne mury, okna, okiennice, belki, drzwi i różne takie małe, ale jakże urokliwe detale. I jeszcze te kwiaty, inni dbający o to miejsce i jeszcze…

I jeszcze żarcie.

Jest tutaj jedno ze słynniejszych miejsc cudownej rozpustności żywieniowej i jak kiedyś uda mi się tam dotrzeć, to wam o nim opowiem. W końcu to buda z żarciem, więc serio, raczej chyba będzie mi dane choć coś powąchać?

LOL

No ale…

Potem już tylko kolejka i czekanie na prom.

I wbrew temu, jak to brzmi, jest to serio intrygujące, bo patrzycie na zachodzące słońce, na oną latarnię, port, w którym wiadomo, zawsze coś się dzieje i jeszcze grupujące się samochody. Można coś zjeść, można wypić… w aucie oczywiście, no i przygotować maseczki. Ciekawe, czy serio będą nakazane tylko do końca października? Naprawdę jestem tego ciekawa.

Czy po prostu stwierdzili, że powroty z wakacji wymagają masek?

A może jednak coś w tym innego jest?

Bo co na pewno, to mało sensu to ma… tak mnie naszło na rozmyślania, gdy patrzyłam na ono zachodzenie słońca, ale nie do końca… LOL sorry za rymy. Za to dowiedziałam się, że teraz trza mieć maseczkę w knajpie czy restauracji w stolycy! Ale nie jak się je. No i kelnerzy mają mieć cały czas, widać oni jeść nie mogą.

Eeeee?

Serio?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.