Pan Tealight i Słowiański przykuc…

„Ekhm…

Bo widzicie Jesień już tak wyglądała zza rogu, Wiosna umęczony wszelaką letniością miał już dość sam siebie i antyperspiranty mu nie działały, więc dla spokojności, w czasie Merkurego się retrogacenia, Pan Tealight postanowił pójść w końcu we wszelakie, nie tylko tango, tańce.

Znaczy w balet.

No co?

Każdy może, każdemu może się nagle zachcieć, ogólnie, no weźcie no… Pradawni Przedwieczni też mają czasem dość świata. I możliwe, że gdyby byli ludźmi, wciąż, jeszcze, albo i azaliż wżdy kiedykolwiek… to możnaby powiedzieć, iż zwyczajnie mu odbiło, ale ponieważ nie, znaczy w ogóle, więc wiecie, postanowili wszyscy zwyczajnie, jak i wiele innych rzeczy, to przeżyć…

Przetrwać i wszelako, zwyczajnie starać się często nie spoglądać w jego stronę, bo wiecie, to bolało.

Mocno.

Bo jakoś ostatnio, to wiecie, za wiele tej głupoty wszelakiej było, aż zaczęła dostawać własnych kształtów i ogólnie tworzyć swój wszechświat i równoległe, więc nie zostało nic innego, jak puścić się w tango i się zapuśić i popuścić i jeszcze puścić się… no wiecie, wszelako i na amen… i choć jego Ukochana Choinka, wiecie, zawsze i na zawsze ona pierwsza i jedyna, niezapomniana i wciąż tkwiąca na Stryszku… oczywiście w ozdóbkach i otoczona ulubionymi poduszkami na igiełki i szpileczki, to wiecie, no każdy orał jak mógł no… więc ona, ostatnimi czasy jakoś tak…

Milczała.

… a Wiedźma Wrona Pożarta

Jeszcze gorzej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pociąg.

Nie no weźcie no, zrozumcie mój rozdziw, wszelaką i może li obsesję i tak dalej.

Drzewiej pociąg był tak normalnym cudem poruszania się, oraz obserwacji w jaki sposób homo sapiens jeszcze sapiens czasem potrafił kombinować, by się do niego dostać, bo takie to czasy były, że człowiek na człowieku i w ogóle… no więc…

… pociągi wciąż mi się kojarzą z tym lekko neurastycznym, mocno neurologicznym i jeszcze oczywiście nostalgia.

Jaja na twardo, a nawet kiełba w gazecie współjeżdżacza.

Te znajomości zawierane na trasę od do…

… więc ja musiałam tory powąchać. No wiem jak to brzmi! Ale każdy ma jakieś zboczenie, a te tory tutaj, to taki wiecie, malutki, króciutki pociąg jeździ. Oczywiście niebieski z żółtym krzyżykiem, no musowo. W Szwecji to właściwie wszystko występuje w takim kolorze albo swym własnym czyli niebieskim i żółtym. LOL

Ale tak, stoję sobie na tych torach i podziwiam.

Żeby nie było, oczywiście jak idiotka nie ogarnęłam kiedy i czy w ogóle tu coś jeździ, więc wiecie, kanał. Ale zdjęcia zrobione i siku w pobliskim lesie inie mogę uwierzyć swym nazbyt okolczykowanym uszom… że coś gwiżdże. Po godzinnej ponad sesji w zbożach na poboczu, polach pełnych glutenu i podpatrywaniu onej specyficznej roślinności kolejowej… on jedzie.

A ja juz skończyła.

LOL No sorry, ale siku w lesie się robi.

Oczywiście należy znaleźć takie odpowiednie miejsce, ale wiecie, nie wystawianie dupy na drogę bardzo wskazane. Nie wiem dlaczego, ale ostatnimi czasy wciąż widzę facetów wywalających fiflaki tak ot po prostu. Nie dbając nawet o prawa ruchu drogowego. I to nie że pijany w mieście… to inna ranga. Pijany to pijany. A tutaj facet sika, las właściwie widać stąd mógłby za drzewkiem, ale po co…

Ech… nie wiem co z tą Turyścizną.

Coraz gorzej… ale pociąg…

… no więc pociąg śliczny, ale krótki, filmik nagrałam, a co… zapach torów zaliczony i pamiętajcie, kolej w Ystad jest w kolorze Milki!!!

A taka ciekawostka.

Miasta, miasteczka, sioła…

Trzeba przyznać, iż różnorodność onych ludzkich siedzib jest tutaj ogromna. Nie tylko wyznacza ją odleglość od moża, nie tylko ona odległość na nie wpływa, a czasem nie wpływa, nie tylko chodzi o to, czy to skały czy jednak zielonowości… a może jednak tereny lekko podmokłe, albo i te, no wiecie, nadjeziorne…

Naprawdę architektura wcale nie jest wyłącznie drewniana, co mnie trochę szoknęło. Seryjnie. Człowiek myślał, że wszystko będzie z drewna, a tutaj suprise!!! Okazuje się, iż nie tylko istnieją kamienne miasteczka, czy też miasta, całkiem specyficzne, dziwne, ale jednak, najbardziej szokują takie, przyklejone do skały domki. Właściwie nawet rezydencje, zagubione pośród pewnikiem podokłych nieużytków i lasów… i skał mniejszych.

Jednak nic tak nie uderza, jak one domki przyklejone do prowizorycznie miejscami skleconych pomostów, które mają przylepione do skał szafki mocy – wiecie, przyłącza do prądu i pewnoe jakichś może szczątkowych mediów… Czerwone, oczywiście, bo przecież jakżeby inaczej i to czerwone oną specjalną, krwistą czerwienią… do nich przyczepione łódki i widok na morze i skały…

… i skały i więcej morza…

Odosobnione.

Lekko jak z horrorów.

Nowymi miastami, które udało nam się niestety tylko liznąć… i to nie dosłownie, bo przecież Covid, co nie? No więc…

Uddevalla i Strömstad…

Pierwsze jest fascynująco zalesione.

Dziwnie murowane.

Oczywiście z bardziej wgryzionym w ląd fiordem sprawia wrażenie miejsca niemorskiego. Jakby to, w czym człek moczy palec mogło być li tylko jeziorkiem… do tego wąskie ujście sprawia, że serio bardziej człek się czuje w lesie niż… no oczywiście do czasu, do onego czasu jak zobaczy to gigantyczne centrum handlowe, dyskretnie oddalone od budynków wszelako mieszkalnych.

Strömstad…

No dobra, nie wiem dlaczego, ale lekko mnie przeraża.

Po pierwsze wygląda jak San Francisco…

… wiecie, te wzgórza, one kamieniczki, wszelaka dziwność po jednej stronie, a po drugiej port… taki bardziej długi niż szeroki, w nim stoją ogromne katamarany. I właściwie, mimo ostatniego tygodnia sierpnia, to pustki… wsio pozamykane, dziwność jakaś taka, jakby człek był w jakimś zwykłym, gózystym miasteczku i każdy się tutaj znał… pan wpada do kiosku, w którym próbujemy przez zamrażarkę dostać się do pocztówek, i tylko to co zwykle, znają się od lat ze sprzedawczynią.

Ech… takie dziwne miejsce.

Mimo bliskości morza, to przez ona skały, właściwie jakby ino jeziorko mieli, a przecież to samo wybrzeże i one „fidrygałki wokół fiordów”…

Może trzeba tam wrócić?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.