Pan Tealight i Babcia Śliwa…

Babciu Śliwo

Babciu Śliwo

Poruszasz gałązkami, przyznaję, całkiem żywo… ale wiem, że próbujesz udawać, że mnie nie słyszysz. No wiesz co, to już jest seryjnie obicach no, przecież nie mam w sobie już niewygodnych pytań. Wiesz, tych o małe śliweczki i kwiatki i pszczółki i dlaczego nie mam korzeni. Dlaczego mam dwie nogi, a poza tym nie wiem skąd się wzięła połowa mnie… nigdy mi tego nie powiedziałaś.

Ale nie mam ci za złe.

Naprawdę.

Babciu Śliwo!

Ja tylko chcę posiedzieć w cieniu i po prostu schować się przed światem, bo wiesz co, on jest koszmarny. Już nie tylko trudny czy brzydki, ale po prostu koszmarny. Nie do zniesienia, nie do łyknięcia, przełknięcia… on zwyczajnie jest większą pestką i jeszcze nim cokolwiek, to stwierdza, że cień, czy nawet odgłos mego nadchodzenia mu się nie podoba i wali drewnem…

Kamieniem…

Bo wiesz, Angole to tak pestki nazywają…

Kamykami.

Dziwni, co nie? Podobnie jak ta pogoda, co dusi i jeszcze brak deszczu i nie wiem, czy jak płaczę, to nie uszkodzę ci korzeni, choć z drugiej strony zawsze to jakaś woda, co nie? Zawsze coś…

Babciu Śliwo!

Dlaczego już nic nie mówisz, tylko szumisz, otulasz mnie liśćmi, przyciskasz do pnia i nie pozwalasz… co wiesz…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szwecja.

Otwarta!!!

Co to oznacza? Ech, no właściwie wciąż ostrożność wszelaką. Ale wiecie, można już wjeżdżać do niej tak na poważnie, a nie tylko przejeżdżać, bo mieszkasz przy Szwecji, widzisz ją, ale żeby dostać się do swojego kraju musisz najpierw ich granicę przeskoczyć, bo tam mają most… ten sławetny, serialowy most, no wiecie…

… więc Szwecja.

Jeśli o to chodzi, to sorry, ale pierwszą rocznicę posiadania naszego cudnego, wciąż nieumeblowanego domku… ale wiecie, się to teraz minimalizm nazywa, więc nikt nam nic nie może powiedzieć.

Możemy być na przykład super ekologiczni, czy coś…

No i podłogi są takie wygodne… LOL

Dobra, co do mebli, to z pustego i Salomon, ale za to Salomon mógł przyłapać tanie bilety jednodniowe i pojechać znowu do Kivika, gdzie miał biznes archeologiczny do załatwienia. Tak, znowu siedziałam w grobie, więc teraz, jak cokolwiek palnę i dorzucę over my dead body, to mi Chowaniec odpyskowuje, że w grobie właśnie byliśmy, więc nic z tego, ma być tak i tyle…

Nosz ci faceci, ja nie wiem… LOL

Ale… oczywiście pewnego rodzaju obostrzenia na promie są wciąż i wszyscy jadą gorzelnią. Ale za to na odwagę nadal można sobie pociągnąć z dozownika. Że próbowałam? Nie… No ale… wiecie, spokojnie, ino się nachylacie, zerkacie, czy nikogo nie ma i tak dalej i jedziecie… Powinno dać radę, seryjnie. No ale… potem, nie, tutaj nie sprawdzają paszportów. Spokojnie jedziecie sobie, a Kivik pełny Turyścizny i pachnie jabłkami. Ja piernicze, jak oni cudownie pachną jabłkami, an dodatek mają chyba sezon na raki albo lobstery, bo w ICAy są te wszelakie rakowe utensylia, jakieś szczypczyki i dziwactwa, nie znam się, a chcę je, bo słodkie takie i małe i czerwoniutkie i w ogóle egzotyczne jakieś tak mega…

Jabłka mają tam czadowe.

W końcu to takie miejsce, same sady i morze i grób i kamienne pozostałości po tych, co już dawno z powrotem i wapieniem i jeszcze gwiazdami i powietrzem…

Tak naprawdę tylko o to nam chodziło, zresztą, wiadomo, człek woli unikać tłumów. Ale posiedzieliśmy jeszcze na plaży, między bunkrami, więc koszmar. Nie polecam… jakieś takie krwiste powietrze, dodatkowo, pogoda porąbana, zimno i gorąco, czasem w tym samym czasie i już nie wiesz, czy to ty, czy pogoda przekwita…

A może to juz ta jesień?

Choć nie, piszą, że ma być gorąco, jakaś fala, czy coś…

… zobaczymy.

Wolałabym nie… wolałabym ten chłodek, który mamy i coby mi dziwne stworznei adrzew nie zżerały. No zjadają mi choinki, a raczej odłamują gałązki. Świnie… ale, nie dokończyłam wycieczki. No więc w Kivik jest też sklep, w którym macie różne takie dobrodiejstwa very fancy i w ogóle dla ryb grubych, czy coś tam… wiecie, w dobie wirusowej oczywiście ruch jednostronny. I fajno, tak powinno być, bo jakoś cała ludzkość przyjezdna zapomina o wszystkim.

Ale nic to…

Wiem jedno, muszę tam wrócić znowu, w sezonie, gdy świeci to uparte, wrzące przerażająco słońce, by połazić po uliczkach miasteczka, po ulicy pirackiej… serio taką mają i popodglądać one architektury. Kurde, mimo wczesnego wyjazdu i późnego powrotu, to jakoś tak człek nie ma czasu na wszystko. A może za wiele chce? Nie wiem, przecież bylam tam już trzeci raz…

I super było…

… i sorry, że nie wiedzieliśmy, że tam stoicie i czekacie aż wyleziemy z grobu…

… kolejka się ustawiła… no skąd miałam wiedzieć, Chowaniec mówił ciągle, że mogę siedzieć, nikogo nie ma, no nie ma, sterczą jak należy w odstępach… Ale wtopa. Chowaniec nie czuł się ni trochę zawstydzony. Zeżarł swojego nibygofera i zadowolony. Ech… po raz pierwszy od… hmmm, nigdy, siedliśmy w malutkiej restauracji, przy białych stoliczkach i udawaliśmy ludzi. Wiecie, w miarę normalnych, z pluszowym niedźwiedziem na stole…

A powrót, na szczęście morze w obydwie strony płaskie.

Dzięki Morskim Duchom!!!

Oczywiście kontrola graniczna nadal. Jak za komuny, ino inaczej, bo jak widzą numery znajome, to tylko żółta karta… ale i tak stresujące.

Potrzebuję wakacji z książkami… ale mnie nie stać i zapisana jestem, się znaczy, no wiecie, zarobiona maksymalnie!!! Nie mam czasu. Nie dam rady… lepiej mieć zajęcie niż zbyt wiele myśleć, co nie?

Ech…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.