Pan Tealight i Kiszona Myśl…

„W beczce.

No szczerze.

Z beczki wystawały maciupkie pręciki i macki, takie chwytaczki, jakieś odrostki, wszelakie łapki, pazurki, to co gilgocze i drapie, ale też łachocze i gilga i jeszcze smura i czasem głaszcze, a nawet… ekhm, no co komu odpowiada. Wszystko tam było, zakończone ostro i tępo, spiczaste i takie w kształcie kapeluszkowataym i jeszcze nikłe takie, przez które można było zobaczyć świat cały i jeszcze te barwen takie, wiecie, artystycznie rozbuchane, wszelako prawie palące swymi kolorami.

Połyskliwe i matowe.

Neonowe i blade, pastelowe i odważne w swej pigmentowości.

Po prostu… myśli… ino, że wiecie, kiszone…

No co. Żeby się nie zepsuły, wiadomo, zapisać trzeba, ale zapisane jakoś tak nie pulsują, potem często zapominasz co zapisałeś, nie możesz odczytać, czy też, co gorsza, głowisz się miesiącami co znaczyło „wzburzone ugaga”. I dlaczego akurat to zapisałeś zieloną szminką… na lustereczku.

I skąd w ogóle miałeś takową szminkę?

Albo te skrobanki na ścianach, a potem trza malować znowu… pewno, że można z farbą poeksperymentować, ale co jeśli najpierw nie przepiszesz tego, co tam widniało, a od razu weźmiesz czarną farbę i…

Machniom?

Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta… kisiła je.

W Kobaltowej Beczce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Uciekłam do lasu.

Seryjnie…

Spieprzyłam do lasu. Bo ludzi masa. Kompletna i totalna masa. Nie daje się wytrzymać, więc do lasu, chociaż… bez urazy, podejrzewałam, że tam też będą, co nie? No muszą być. Przecież ta nasza cudowna Wyspa to bright green jest, co nie? Ogólnie mówiąc okologisk i wszelako eco sreko i ogólnie…

… no wiecie, natura!

Musowo więc las…

Ludzie też w większości przecież przyjeżdżają tutaj z miast, więc przygotowana byłam na jakieś tam kolejki do drzewa, czy coś… a co się okazało… w lasach nikogo. Podobno jedna mieszkanka Almindingen spotkała ostatnio rowerzystów, którym chyba telefony nie działały, czy coś… no ale jednak chcieli od niej wiadomości jak dorzeć do zatłoczonego Gudhjem.

Na co ona im, że w Aakirkeby lepiej i ona z chęcią im powie co i jak i gdzie…

Powiedzmy sobie szczerze, że żartu nie poniali.

A ja w lesie nie znalazłam ludzi. Poza parką miejscowych, którzy szybko się zmyli, bo wiecie, lasy ogromne, więc można sobie być samotnym w lesie… na przykład w takim Arboretet. No po prostu baja. Ino jakiś zezwłok leży na trawie, ale poza tym nikogo więcej niż my. Ino te drzewa i trawy i rzeczka i most, którego nie ma…

… więc człek odpoczywa.

W zieleni.

I karmi komary.

Bez urazy. Ale karmi mocno, bo co jak co, ale wody tu nie rakuje, a przy tej ostatniej dziwnej pogodzie, to wiecie, spojawiły się. Może i w domu, odpoukać, nie ma gadzin, to jednak tam, no kurde, jakby KFC im nagle postawili. Krwiste i niezmieszane!!! Albo wiecie, ten no, konwój z RH -.

Ale w lesie…

Bo Arboretet to wiadomo, cudny plejs, ale ja chcę gdzieś indziej…

Nad ono oczko cudowne, które przez suchość i wietrzność pogodową jakoś tak łatwiej obejść i człek odkrywa dziwny, cieniutki, czarniawy mostek. Chwiejny i niestabilny, lekko przerażający, bo choć pewno raczej tu płytko, to człek nie chce się o tym przekonać własnoręcznie, dupnie, czy jak tam… no raczej nie. Może i ciepło, czy raczej słonecznie, bo w końcu wiater wieje, dziwne zimne powietrze chłosta, więc…

Oczko niesamowite.

Z wystającym, białym trollim brzuchem i oczywiście drzewm, które wciąż rośnie, choć w połowie skąpane w niebycie wodnistym…

I komary…

Kurde, ale wielkie!!!

Ale nic to, może żrą, ale ona zieleń taka oszałamiająca, kurhany po drodze, do tego jeszcze pierwsze grzyby i naparstnica i jeszcze jakieś takie… no wiecie, jakieś takie cudowności naturalne, które sprawiają, że człek czuje się jakoś lepiej. Jakoś tak normalniej i na miejscu, niczym gooloneczka na haku w mięsnym, jak to drzewiej bywało… potem zawijana w taki papier woskowany, wiecie, taki…

I drzewa tutaj żywiczne i wielkie takie…

I nokogo, jakby ta cała turystyczność nie istniała.

Jakby serio wszystko ono zielone było najważniejsze i one igiełki iglastych panien takie mięciutkie, jasniutkie, dołem sadzonki oczekujące na lepsze czasy. I jeszcze mchy i oczywiście pojedyncze wspomnienia z zeszłego roku i zaskakująca dziura z wodą i trawy wysokie tak bardzo w onych miejscach niedrzewnych…

… i ścieżki nieistniejące…

I jeszcze…

Normalność.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.