Pan Tealight i Efektowany Motyl …

Efektowany Motyl tym razem chciał innych skrzydeł.

Znaczy, oczywiście, że zmieniał je bardzo często, bo przecież czemu nie, ale jednak te miały być inne. BARDZO inne.

Zaskakująco, porażająco inne.

Naprawdę.

I nie chodziło wyłącznie o kolor i kształt, o jakieś dodatki: cętki, blaski, wszelakie haftowania, koroneczki czy wstążki, nie, nie bał się, iż cokolwiek, jakiś dodatek utrudni mu latanie… w końcu to, co jego unosiło w rzeczywistości opierało się ludzkiej fizyce, a przynajmniej tej, której, jak wydawało się im, odkryli już do końca, a może tylko ją… akceptowali?

To coś nie miało mu dodać umiejętności kołowania, falowania Wszechświatem, czy jakiejkolwiek zmienności, ale jednak… chciał tego czegoś. Czegoś, co może i nie wziesie go wyżej, może i nie doda mu polotu, ale jednak, ale jednak chciał tego czegoś, czegoś, co gdzieś w środku, w nim wołało o…

Zmienność.

Nowość…

Ale przecież, ale przecież on sam się sobie podobał, był niesamowity i wszelako powalający, na dodatek miał takie moce, dysponował takimi siłami i wszelaką wibracją, że sam przez cały czas nie potrafił w siebie…

Do końca.

Uwierzyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wołanie grobu” – … czwarta część. Po „Chemii śmierci”, „Zapisane w kościach” i „Szeptach zmarłych”… kurcze, są jeszcze „Rany kamieni”, ale to spoza cyklu i wcześniejsze… Chyba dobrze wymieniłam? Bo niektórzy lubią mieszać tytuły…

A wydanie jest inne od tego pierwszego, pamiętnego, białego.

Na szczęście środek taki sam.

Uwielbiam tego autora i jego antropologiczną serię. Uwiebiam bohatera, strasznie wpływa na mnie jego cierpienie. Jego perypetie życiowe. Ona normalność… praca, ale też poszukiwanie życia. Życia wewnętrznego, innego. Jego sprawy zawsze jakoś zazębiają się z jego życiem, ale przy osobie tak nacechowanej cierpieniem to jest łatwe… a przynajmniej takim się wydaje. Bo przecież ten sposób pisanie, ona narracja płynna i taka… angielska, jakoś tak wciąga na maksa, że czytacie książkę na jedno posiedzenie.

Tak się kiedyś mówiło.

LOL

Ale… ponieważ części jest o wiele więcej, to pewno tym, którzy serię znają nie trzeba przedstawiać autora, ale można wspomnieć, że wydane jest piękne. Proste, z niesamowitą okładką i papierem. Dobre tłumaczenie. Po prostu coś, co wystarczy na wiele czytań. Tym, którzy nie znają autora, cóż… zacznijcie od początku…

Warto.

Warto jeśli lubicie kryminały, CSI, zagadki antropologiczne, dramaty, Anglię… Oj tak, bo ta seria to one angielskie krajobrazy, wszelaka ich różnorodność… deszcz… no i oczywiście one słynne, sławetne właściwie wrzosowiska. Moczary. Pustki… pełne szybów, pełne zapomnianych, pozostawionych szczątek, które…

Wołają.

PS. Ważne. Książki Becketta czyta się też często dla onych bohaterów pobocznych. Są niesamowici! Wzruszający, przerażający, targający emocjami…

Naprawdę warto.

Morze…

Las.

Spacer…

W rozgrzanym powietrzu, palącym właściwie, pachnie żywica, strzelają szyszki, młode sosny i dąbki wyrywają się z podszycia. Wszystko rośnie, ale tęskni za deszcze. Gdzieś nagle coś zaszumiało. Raptownie, głośno… oczywiście to ino solsort, niewielki ptaszek, ale zdolny napraawdę pohałasować… to on zwraca mi uwagę na to, że z choinkami w tym roku znowu jest gorzej. Chyba trzeba będzie domowe jakoś okryć przed słońcem… a tak, na Wyspie widać, że słońce wcale nie jest dobrą sprawą.

Nie rozumiem tych zolenników opalania.

Ale, to akurat nie coś, co powinno mnie nerwować, co nie, no chyba że z moich podatków ich chęć zostania eeee… poprawność polityczna, ciasto z dużą ilością kakao… będzie rąbać kasę na ich leczenie. No wiecie… Bo wychodzi na to, że jakoś tak, co czyni jednostka, to jednak jakoś tak wpływa na wszystkich.

Nieprawdą jest to, iż każdy może co mu się podoba…

Nie jest prawdą swoboda, jeśli chcesz społeczeństwa.

Jeśli wycinasz drzewa, to nie tylko ty nie będziesz oddychał, albo co gorsza, będziesz zabierał tlen produkowany przez drzewa innych, bo zdecydowałeś się na posiadanie betonu na całej posesji. Co gorsza, wycinasz co się da. Bo jesteś u władzy, nienawidzisz drzew, bo o ci zrobią?

Szyszką rzucą… taki świat mamy.

Popierdolony.

Sorry.

Spacer…

Słońce jest już wysoko.

Pali.

Bo przecież wybierasz ścieżkę. Nie włazisz w trawy, bo kleszcze. A tak, kleszczowa plaga, może lekko przykryta wirusem, nadal istnieje, uderza i niszczy, więc lepiej się chronić. Ale nie unikać lasów, bo bez nich, no w nich…

Wszystko.

I można sobie szyszkę wziąć i samemu wyhodować choineczkę.

Da się.

Mimo wielu fejlów mi się udało, więc… da się. Tylko trzeba po prostu, jakoś tak, no wiecie, poczekać. Próbować… do skutku. Bo wynik jest niesamowity. Znajdziecie je między trawami, pod drzewami… choineczki, sąbki, brzozy…

… brzozy akurat nawet na podjeździe…

No co, mi się udało.

Oczywiście nie wszystkie przetrwały, ale jednak, na szczęście udało się niektórym. I spoglądanie na ono dorastanie jest niesamowite. Pierwsze kilka lat szybkie, a potem dziwna cisza. Przesadzanie, w końcu ofiarowanie drzewka ziemi… ale co, jeśli się nie uda? Ziemia jej nie polubi?

Popatrzcie na lasy, nie wszystkie nasiona kiełkują.

No dobra, sporo zostaje zjedzone, ale jednak…

Taka tam metafora.

Spacer… wiecie, zwyczajna sprawa, na końcu plaża, wciąż zatrzymująca serce, zatykająca, wciąż z oną błękitną, szmaragdową wodą. Człowiek, jeden, jakaś rodzina, która widać już się zwija, bo komu by się chciało leźć taki kawał… na horyzoncie jakieś dwa statki, ludzie szukający względnej samotności, ale też… bezpieczeństwa, nie onych bezkresnych mórz. Nie… na razie może, ale jednak… wciąż…

… tęskniąc.

I skok do wody.

Kurna, zimna!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.