Pan Tealight i Przesyłka dla Mirmiłka…

„Nie, żeby ktoś go znał.

Wiecie, nikt nie wiedział o co kaman!

Kim był Mirmiłek?

Gdzie mieszkał, czym się zajmował i czy to on zostawił ten niebieski, plastikowy worek pełen śmieci w śmietniku Wiedźmy Wrony Pożartej? Bo wiecie, choć paczka przyszła zaadresowana do niego, ale na adres Sklepiku z Niepotrzebnymi, jakoś tak worek, z napisem Mirmiłek… znalazł się u niej.

No i kurna, to imię…

Bez urazy, ale trochę dziwnie zbyt miękkie, by brać je na serio.

I jakoś tak bez nazwiska… że co, jak Cher? No nie, weźcie, ona to Królowa Muzy, a on… nieznany, choć może minięty kiedyś? W końcu może go znała, ale się ukrywał? Może był ten, który wyjadał ziarna z karmnika nim dobrały się do niego ptaki? Może mieszkał w jednej z Żółtych Wszetecznych Szop? A może… ale wtedy, kurcze, dlaczego paczka dla niego zaadresowana była…

Nie tu?

… lecz tam.

Nie, nie otworzyli jej. Po prostu położyli ją pod sosną, jedną z tych, no wiecie, onych wielkich i obwieszczających i… czekali. Sprawdzali, obstawiali parasolem… i po tygodniu, przesyłka zniknęła.

Bez śladu.

Bez papierka, potwierdzenia, czy kawałaka sznurka, który świadczył by o tym, że ktoś ją rozpakował na miejscu.

Albo pożarł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Więcej…

Najważniejszą częścią Naturmuseum jest dla mnie jednak ono dno morskie… wiecie, pofałdowana część kamieniołomu, z dwoma wodnymi oczkami, która urzeka wprost wszelaką cudownością struktury, barwą, gładkością…

… no bajka!

Znajdziecie tutaj odciski wszelakich zaprzeszłych działań geologicznych i biologicznych, ale najważniejsze są te ślady na piasku, które skamieniały i widziały Ekwador. No wiecie, pamiętacie jak to było? Pangea, Laurazja, Gondwana i te sprawy… he he he, no pewnie, że nie pamiętamy, ale jako jedność ze Wszechświatem się wciąż zmieniającym, to zbudowani jesteśmy z tego, co było, z tego, co jest i z tego, co będzie…

Choć…

Człek przeszedł przez one skaliste pastwisko, przez one miliony lat w postaci wodospadu, zauważył krystalizację, a teraz nagle stoi na dnie, które jest zwyczajnie fascynujące. Nie możesz go przestać fotografować, żałujesz, że nie masz więcej cieniorobnych narzdzi, ale to by trzeba całą sesję zrobić… dlaczego tutaj ludzie nie robią sobie sesji ślubnych? Przecież to taka moc…

… 540 milionów lat winno gwarantować wieczną miłość.

Chociaż, co ja tam o tym wiem?

Hmmm…

Do tego odcisk meduzy, którego, przyznaję, nie znaleźliśmy. No zawsze jest coś, do czego można powrócić… może przy bardziej mglistej pogodzie. Ech, jakie to muszą być zdjęcia, no wiem, lekki monotematyzm, ale te fale są po prostu hipnotyzujące. Widzisz, dotykasz, stoisz na tym. Wiesz przecież, że Ziemia to staruszka, ale tryzmająca się super… chociaż patrząc na wszystko, to czy jest staruszką, czy dopiero młodą dorosłą?

Nie wiem…

Niewielkie zawirowania, wypustki, idealne kolistości…

To miejsce po prostu urzeka.

Możnaby siedzieć, turlać się po tym z jednego końca na drugi i znajdować za każdym razem coś nowego, coś dziwnego, coś… a może to tylko ja? Na pewno rodzinie mieszkającej w tym domku ponad onym dnem morskim, raczej nie uśmiecha się ta cała turyściznowość właściwie na ich posiadłości.

Ale to teren chroniony.

Muszą nas znosić… albo mogą wykorzystać. Sklepik? Knajpka? Przyznam, że starsi państwo chyba czegoś takiego szukali, kompletnie niezainteresowani obsesyjnym macaniem tak starych spraw jak te pomarszczone, morskie wspomnienie.

Jak dla mnie, lepsze niż muzuem i za darmo, bo dojdziecie tutaj z wielu meijsc. Szosę widać, dwa inne gospodarstwa zaraz obok no i…

Bautasteny.

Muszę przyznać, że słyszałam o nich, ale jako że raczej trudno je datować, wiecie epoka brązu, epoka żelaza, tysiąc w tą czy tamtą… nie wiadomo, czy tylko zaznaczały jakiś teren, czy jednak stały by upamiętnić zmarłych, nieczyszczone, nawet nie jestem pewna czy czasem nie kryją tam pod oną warstwą wszelakich narośli jakichś helleristningerów… aż mnie korci, by chwycić za szczotkę, ale wiecie, nie mam nic pod ręką…

Jeden stoi zwrócony ku powierzchni morskiego dna, jakby zadawał zbyt wiele pytań, drugi, wypchnięty w pole i od razu nasuwa się podejrzenie, że jako iż był to kamieniołom, ktoś mógł sobie niektóre z kamieni zwyczajnie, wiecie, „pożyczyć” i tyle. Bo coś tu, w tym miejscu jest. Coś świętego, zapomnianego, coś a raczej COŚ.

Ciekawe, czy nie były częścią największego z kamiennych kręgów na Wyspie.

Wszystko możliwe.

Wszystko…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.