Pan Tealight i Wron Albinos…

„Pojawił się nagle, zapukał, dziobem oczywiście, lekko zakrzywionym, lekko dziwnie nieistniejącym, bo prawie przezroczystym… no i poprosił o farbowanie. Jakby kurde ktokolwiek tutaj robił we wroniej fryzjerni. Wiecie, nikt nigdy nie, no nawet jak na sobie to zawsze wychodziło dziwnie, a tutaj tak się obcym zajmować, co to jeszcze może cię w oczko jedno czy drugie dziobnąć.

Czy coś w ten deseń…

Albo i je wydłubać i połknąć w całości.

A potem obgryźć kości, sprosić robaczki i innych padlinożerców…

Niby wyglądał milusio i tak, dalej, ale jednak… ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, jakoś się bała. Karmiła wrony. Karmiła Śpiących Bogów. Nawet trolle i skrzatowstwo leśne, ale jednak ten osobnik… bo widzicie, jeśli chodzi o rozmiar, to on wielki był!!!

I jak tutaj w ogóle gadać z takim?

Nie żeby się nie dało, nadawał w kilku językach, przez szybę się rozumieli, ale wyobraźcie sobie ono białe oko spoglądające na was przez szybę, którą dziobem mógłby ot tak, po prostu, puknąć…

Bała się…

Kim był?

Czego naprawdę chciał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze spacerowe…

Częścią darmową Naturmuseum jest spacerownik. No dobra, wiecie, parkujecie i idziecie za muzeum. Gdzie was ścieżka poprowadzi jeśli tylko dobrze wygooglaliście sobie mapkę, to zobaczycie, iż ścieżki są dwie, krótka i dłuższa.

Tym razem tylko krótka, sorry, słońce i wiatr, i babskie przypadłości, oraz całe to łażenie po nazbyt głośnym wnętrzu muzeum, mnie wykończyło. Strasznie mocno. Wyjście na zewnątrz naprawdę było odetchnięciem. Do tego krowinki na polu… normalność, nawet z tym dziwacznym dinozaurem po lewej stronie, zamkniętym miejscem dla dzieciaków i restauracją, bo wiecie, wciąż wirus i tyle, chociaż, tak szczerze, ludzie dziwnie tak lgną do innych ludzi AKA mnie! Dlaczego? No napradę?

Dlaczego tak musicie blisko wszystko…

… zawsze?

Ale…

Słońce, wiatr, dziwna pogoda, raz za gorąco, raz za zimno, ale ścieżka śliczna, do starego kamieniołomu… po jednej stronie wysokie trawy i barszcz, no worries zwykły barszcz, nieparzący, a po drugiej widok na Wyspę. Na tę jej część, której chyba jeszcze nie widzieliśmy. Nigdy nawet, serio… znaczy byliśmy tu, ale człek myślał, że wsio zamknięte, jakoś strzeżone, bo przecież… no wiecie, ludzie…

Ale nie…

Otwarte…

Wszystko dla człowieków, więc idziemy.

Na kamienie. Ma być Kura i Kogut. Przy jednym jest dupna ślizgawka, którą oczywiście wypróbowaliśmy na Instagramie filmik. Ślizgawka – Skridebanen – naturalna w 100%, ale szczerze zalecam ostrożność przy lądowaniu… w przypadku niskich osób można telemarka zaliczyć zbyt dalekiego.

Ekhm…

Kogut i Kura.

Dwa głazy polodowcowe. Do tego trochę drzewek, cisza, spokój, już nawet aż tak nie słychać disco ze stadionu… w końcu spokojność jakaś.

Milusio.

Jednak, mimo wykształcenia muzealnego przyznaję, wolę te większe cichsze, a już najlepiej te drzewne, ale przyznaję, iż autoportret Enoka Mogensena, ponad stuletni czy imię wyrzezane w kamieniu przez Hjalmara Bolmgrena, to coś takiego… widzicie, człek nagle przestawia się z tej nowoczesności i przypomina sobie jak to na początku zeszłego wieku bywało i… wie, że praca tutaj, to nie były fotki na instagrama.

Klintebakken, bo tak zwie się ogólnie to miejsce, naprawdę potrafi przypomnieć, jak to było kiedyś… i to nie tylko 540 milionów lat temu, bo człek w końcu dociera do onego dziwnego miejsca, wodospadu czarnej skalistości… mijając one znaki kamieniarskiej przeszłości, nie do końca wiedząc, czy dobrze idzie, czy nie…

Idzie i widzi ten wodospad skał.

To jest naprawdę niesamowita kombinacja barw, poyskiwań i struktury. inspiracja dla tych, co tworzą i tych, co na przykład nie mają pomysłu na to, jakie se ściany walnąć w domu… idźcie w miliony lat temu. Serio! Wygląda to megalitycznie! Chociaż nie jest przecież takie, to w końcu tylko kawałeczek, a jednak niesamowity…

Co do Koguta i Kury, to wiecie, stoją se dwa głazy i tyle.

Nazwy ino mają zabawne.

I tak, każdy próbuje je poruszyć, bo przecież u nas to już wsio polodowcowe trzeba macnąć i próbować wprawić w ruch, co nie?

Ech!!!

I teraz wiesz już dlaczego ludzie tak bali się zsyłki do kamieniołomów… Chociaż, no tak ładnie tu mieli i skamielinki były… dobra, żartuję. No oczywiście, że żartuję. Szczerze. Wiadomo, praca jak praca, ale jednak kamienie tłuc…

Oj rany!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.