Pan Tealight i Dziwny Kret…

„No kurde, bo widzicie, on rył w powietrzu.

W mglistości wszelkiej Havgusa tworzył tunele i zawirowania…

I składy.

Bo wiecie, wiedział, że to wciąż ona Bogini Pandemia władała tym światem, więc wolał być przygotowany naprawdę na wszystko. Wszelakie wszystko. Nie ominąć żadnego niebezpieczeństwa, od razu gryźć, chować się, wszelako walczyć o swoje miejsce na ziemi, ale też… czasem może się dzielić?

No wiecie, jebany altruista.

Albo ściemniacz.

Wiedźma Wrona Pożarta spoglądała na niego, na one korytarze tworzące niesamowite, artystyczne kształty w onej mglistości, ale też, wciąż nie rozumiała, jak on chce to wszystko przechować? Jak to ma przetrwać, jeśli havgus zniknie? Czy on zniknie wrazz nim, a może tylko przesuną się za welon…

Będą, ale nie do końca.

A może po prostu zniknie? Może nie wie, ale czy winna go informować o znikającej właściwości Havgusa? Może nie powinna się wtrącać, szczególnie teraz, gdy wszyscy tacy… mocno podenerwowani…

Gdy tacy spięci…

… więc tylko patrzyła i notowała w sobie inspiracje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

NATURMUSEUM

Nie, żeby nie było… nie okazało się, iż jestem dziedziczką i nagle na wszystko mnie stać, ani nie otworzyli muzeów, ale… dla ludzi posiadających pewne ubezpieczenie w pewnej firmie, po pobraniu odpowiedniej apki wsie muzea są za darmo!!!

YAY!!!

I kurde… problem jest, bo to tylko w czerwcu.

… więc planując tylko w weekendy, no sorry, nie dość, że blogi, to jeszcze brak pewnych umiejętności i odległość, no i brak telefonu, tudzież wsparcia, wiecie, niektórzy mają serio przesrane… więc planując co i kiedy można zobaczyć, stwierdziliśmy, że zaczniemy od Naturbornholm. Bo sorry, ale prawie 300 DKK za parę z pluszowym niedźwiedziem, to raczej trochę sporo. Przynajmniej dla nas. Tym bardziej, że chodzi jednak o geologię i paleontologię, a archeologa i informatyka z trochę innymi pasjami trudno tym zafascynować… choć trochę, nie oszukujmy się, nauka to nauka, zawsze, ale to zawsze wciąga!

Zawsze…

Ale, zaczynamy od początku. Dojazd jest łatwy, wycięte drzewa, ogromny trawnik, do tego odgłosy ze stadionu, pewno jakaś pierwsza pokoronowa imprezka… choć Corona wciąż jest, to jednak, wiecie, ludzie mają dość, Turyścizna wlała się i w dupie ma obostrzenia, żadnych odstępów, nawet w kolejce tylko nieliczni przestrzegają naklejonych paseczków… pewno, dostaną pouczenie, ale… podobno na dniach mamy się otworzyć na Polskę, na razie wykopali żeglarzy z Polski ze Svaneke. Wiecie, prawo to prawo, to że ma się zmienić za kilka dni…

Miało być o muzeum?

Miało… no więc, trudno przegapić oną ogromną bryłę. Ciekawie zaprojektowaną, trochę mi się kojarzy z Abu Simbel, choć statuy żadnej nie ma poza żabą… ale jednak, no i trochę jakby droga procesyjna, naprawdę wali Starożytnym Egiptem, a gdy się zbliżycie, ściany mogą was naprawdę zafascynować.

Ta siatka, te kamienie, wiecznie pizgający wiatr…

Włazi człek, pokazuje apkę i już może wejść, na szczęście na podłodze są odciski stópek – naklejone – i dziwny zakręt między dziwne skały, mewy w górze, kiepsko się czuję, ciemność nagle, ruchomy chodniczek, powinno być ostrzeżenie dla tych klaustrofobicznych i tych, co źle reagują na zmieniające się światła.

Naprawdę…

Poza tym nic do widzenia… jest ciemność, dwa zdjęcia, w górze światło, jakbyście szli norą myszy, jakby ona podziemna podróż miała prowadzić – znowu jak w Starożytnym Egipcie – ku oświeceniu… i prowadzi.

Spojler alert!

Jak już przemęczycie ten dywanik…

… można po nim po prostu iść, co naprawdę polecam, bo serio możliwe, że dobry to znak, iż postanowili to zmienić, może na coś ciekawszego… może coś bez onego wiatru w twarz na końcu, białego światła i jeszcze żagla? Nie wiem… ale, w końcu człek dociera do onej części muzealnej bardziej…

I są tu okienka i są zabawki dla dzieci i dziwna przestrzeń, jakieś takie pokręcone, zagubiające cię poczucie, uczucie, ustawienie wszystkiego… rodzaje skał, rodzaje gnejsów, granitów, niby człek o tym wie, ale szczerze go zastanawia, czy kogokolwiek to interesuje? Na dodatek, pomieszczenia, kolejne części wystawy nie są dźwiękoszczelne, zwykle patrzycie w górę i widzicie oną ogromność, gigantyczność wprost, budynku, niewykorzystaną…

I dziwny strach mnie złapał i jakoś tak…

Jestem niska, muzeum jest nastawione na dzieci, a jednak, nawet ja nie dosięgłam łbem do niektórych okienek, ale, zapomniałam… po wyjściu z tunelu łapią was i dają film, fajny film, warto obejrzeć, choć trzęsienie przyprawiło mnie o mdłości, ale mnie każde trzęsienie przyprawia, więc… w środku znajdziecie jeszcze jedno miejsce z filmem, wiecie, można posiedzieć, obejrzeć, ale… przez ten brak dźwiękoszczeności, jakoś tak… wciąż słyszałam ino wrony!!!

Co to ja w domu jestem, czy jak?

No weźcie no!

Dobra, były małe żółwie, jakieś skamieliny… a potem, niby miały być dinozaury, ale przyznaję się, że poza obejrzeniem wielkiego i mapki z helleristningerami… odpuściłam. Ciągłe wrzaski dzieci i wszelaki hałas, nie wiem… może rzeczywiście to ino dla dzieci? Może naprawdę? Ale ja lubię skały, serio!!!

Kocham kamyczki…

… może zmienione muzeum będzie lepsze?

Może w końcu się zdecydują, dla kogo są, kto jest odbiorcą… bo takie dzieci przecież nie przeczytają tych tekstów, a dorośli… mają to gdzieś. Wydaje się, że w muzeach Duńczycy lubią puścić dzieciaki wolno, jak psy na wybiegach i siedzieć w knajpie… restauracji, kafeterii, jak zwał tak zwał, a one latają, fruwają, wrzeszcząco i hałasująco, biegają, wkurwiają…

Jeśli o mnie chodzi, nie polecam, ale sklepik mają fajny.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.