Pan Tealight i Mleko Bogów…

„… się było i rozlało.

Wiecie, zbił się ten dzbanuszek niebieski, ten w granatowe kształty wiekuiście się zmieniające, z krowią mordką ten, ukochany przez wszystkich, co go tak sporadycznie używali… od święta… i z tymi no… elementami żeńskimi, no wiecie, nie żeby faceci ich nie mieli, niektórzy mają, ale czy dają mleko? Czy zostały przeprowadzone badania? Pan Tealight coś tam szukał w onych nowomodnych Internetach, ale ich Bóstwa doprawdy nie do końca były dla niego zrouzumiałe.

… więc nie dyskryminując, elementy chyba już nie są żeńskie? Chociaż, jak tak mocniej, po krowiemu pomyśleć, to krowy aż tak nie mają chyba z tym problemu i po prostu jakoś takoś, jedne mają te tam, a inne mają ino taki węższy patyczek, wiecie, woreczek, dmuchana rękawiczka gumowa i…

… no co?

Pan Tealight naprawdę miał na nie ochotę, nie żeby do herbaty. Co jak co, ale onej angielskiej bawarki nie trawił. Z czasem, a jak każdy wie miał go w sobie wiele, to jakoś tak, no po prostu nie… znaczy spróbował raz, ale był to taki koszmar, no i wtedy te wulkany wybuchnęły, więc jakoś takoś, po prostu jednak wolał nie próbować po raz kolejny. Wiecie, może to jego ten Efektowany Motyl na cel sobie obrał? W końcu to dziwny byt był, więc czemu nie… nie uznawał jego Pradawności, zbliżonej do jego własnej, więc wiecie… no jakoś tak…

Się rozlało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mleko.

Mleko dookoła.

A gdy człek wstawał, było słońce. I gorąco było i duszno i wiecie co… i ngale nic z tego. Coś nagle się zmieniło, człek to odczuwa gdzieś w środku i nagle, na przykład wyłażąc z kibla, no wiecie, ciemność…

Bo za oknami mleko.

I dziwny ziąb, gryzący właściwie.

Havgus znowu.

A miał być deszcz. A miało być mile pochmurnie, a może jednak słońce miało być, kurcze, juz człek nie wie, bo prognoza pogody zmienia się często. Znaczy wiecie, ta dostępna on line. Nie, że człek ma tutaj jakąś stację pogodową i sam przewiduje co tam się narodziny aurowo następnego dnia… no i…

Havgus.

Zielone pole… biel nad nim, biel dookoła, biel wszędzie i ona oczojebna zieleń polna jakoś tak się przez to przesmykuje. Jakoś tak się pokazuje. Jakoś tak… przesmykuje przez krople w powietrzu i jeszcze bardziej się zieleni.

Wszystko.

Nawet ono mleko…

Ale to zimno, wkradające się do domu przez każdą szparę, a przecież to już koniec czerwca, czy to zwyczajowe, jak zwykle, czy jednak nie? Nie wiem… nie pamiętam. Rok temu były rzepakowe havgusy, ale teraz, już dawno po rzepaku…

I drzewa przekwitły.

I prawie lato?

Nie no, lato…

Granice otwarte dla wybrańców i Niemcy podobno seryjnie poszaleli. Na granicy takie kolejki, prom wykupiony, więc podobno nie można nawet mieć nadziei na wszelaką, jakąś, no wiecie, spontaniczną przejażdżkę… ale tak szczerze, to podobno i tak trzeba mieć dowody na wykupione co najmniej 6 noclegów, więc…

Co to za spontan?

Nie wiem…

Teraz podobno mają być w lipcu darmowe wycieczki, ale tylko na one, wiecie, na małe wyspy? Hmmm? Ciekawe jak to całe rozdawnictwo się sprawdzi? W końcu pamiętajmy, że „państwo nie posiada własnych pieniędzy”. Małgośka miała rację. Ale nikt jej nie słucha. Wszystkim się wydaje, że o tamto państwo lepsze niż moje, a w rzeczywistości wszystkie lecą jak za jakimś, odgórnie narzuconym grafikiem. przyspieszyć rozwój, jebnąć w ekonomię…

Biedny i tak będzie biedny.

Bogaty się wzbogaci.

To się nie zmienia.

Ale havgus, on wciąż jest taki… dziwny. Jak, wiecie, filmy o zombie… gdy z mgieł nage wylaniają się potwory, albo mgły wielkiego Avalonu, tudzież inna wszelaka magia. Albo, one welony podnoszace się z czasie sabatów. Stoisz przed nim, jesteś w nim, obok, w środku, gdzieś poza i nage część ciebie oddaje się onemu zjawisku.

I więcej…

I dziwniej.

Masz wjechać do Gudhjem, temperatura zmienia się w ciągu sekundy z 25 stopni na 18… normalność… otacza cię mleko.

Ale już jesteś tutaj, bezpieczny, w domu…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.