Pan Tealight i Śpiew Zdechłych Much…

„… się wciąż unosił w powietrzu.

Powietrzu pełnym chrupiących odgłosów.

Odgłosów skwierczących, lekko zalatujących bekonem?

Odgłosów dziwnie, jakoś tak… wiecie jak się chrusty smaży i jest ten moment, co się je cukrem pudrem posypuje, a one wciąż jeszcze ciepłe takie i tak dalej… no to właśnie jakoś tak, serio. To jakoś tak brzmiał ten odgłos. Chrupko, słodko, niesamowicie smacznie i pożądliwie. I jeszcze grzesznie, bo wiecie, cukier zło, żarcie zło, wszelakie smażone zło też i jeszcze… zło zło…

No wiecie.

Takie dziwne czasy.

Czasy, gdy w powietrzu treluje Śpiew Zdechłych Much. Treluje i wszelako zakłóca oną piękną, fascynującą ciszę. No wiecie. Ciszę cisz. Najwyższą z najwyższych i najczystszą z najczystszych i jeszcze… no idealną idealność. Wiecie, wszelaką doskonałość, której tak naprawdę niewielu słyszało bo…

Nawet nie wiedzieli, że to właśnie to, bo wiecie…

Za darmo było.

Pewno dlatego.

Ten śpiew, co to stado Much niegdyś złożyło u stóp i uszu Pana Tealighta jako zapłatę… no za coś tam. Lepiej nie wnikać czasem w te magiczne interesy. Pewno, czasem są bardzo ciekawe, ale częściej…

Zwyczajnie obrzydliwe.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szrama w ziemi.

Kamienna.

Klinteskoven.

Większość na pewno omija. Wiecie, rower tam nie wjedzie, właściwie własność prywatna, ale u nas podobnie jak plaże, tak wiecie, nie do końca. Nie wolno wynosić drewna czy coś, ale kto by bele targał jak idiota, chodzić można, z szacunkiem dla dziczyzny wszelakiej… a choć niewielki, lasek jest po prostu zabójczy.

I przecięty wprost elfim krajobrazem.

Pęknięciem w ziemi.

Człek se obiecał, że to przejdzie od początku do końca i w końcu… spojler, się udało!!! LOL Z siniakiem, rozdarciem nogi, wszelakim zamoczenim, obrobaczenim, upaćkaniem, ale i tak było warto!!! Naprawdę. Chociaż było trudno. Nawet mimo mega suszy, wciąż coś tam ciurkało, miejscami nagromadzone liście i wszelakie inne zeszłoroczne cuda potworzyły na pewno wielce nawożące, ale jednak wciągające kupy… do tego miejscami rzeczka czysta i można nią iść, bo twarda, ale nie ufajcie jej za bardzo.

Oj nie…

Bo centymetr dalej i zmienia się w bagienko.

Ale… od początku.

Bo przecież o to chodzi… na początku jest dość płasko i bardzo węźowato… wiecie, wije się ono cudo przeuroczo szczególnie z onymi pierwszymi, świeżymi listkami, zawilcami zmieniającymi wszystko w taki dosć zimowy klimacik… Naprawdę elfio tutaj tak. Delikatnie i dziko. Szmery, poszumy, ale i ptaków trele. Coś gdzieś się czai, coś przemknie na skraju pola widzenia…

Coś…

Po chwili trzeba już się pilnować.

Drzewa są pomocne, ale niektóre niestety spróchniałe, choć kurde wcale nie wyglądały na takowe. Tak, wypierdnicza się człek razy kilka. Ale tak go ona krętość cieku fascynuje, że po prostu… w którymś momencie dzięki onej giętkiej gałęzi prawie pionową ścianę pokonuje by potem sturlać się z powortem w dół, bo kilka centymetrów nie do przejścia dołem, ale daje radę.

Aż sam zaskoczony.

No i w końcu są…

… po prawej i lewej pionowe skały. Gładkie i niesamowite. Może i są na nich jakowe rzezania, ale ustać trudno, więc na wszelki wyapdek zdjęcie jest i będzie można przeanalizować, bo przecież wycieczka… nie, nie tylko geograficzna, wszelako rozrywkowa, ale przede wszystkim mocno naukowa.

A jest co naukować.

Jest i flora i fauna, jest i przeszłość.

Ale przede wszystkim, dziwnie mam wrażenie, że chodzimy po trollich głowach, onych najstarszych trollich głowach z intrygującymi zielonymi tupecikami. Zdradliwych głowach, bo tupeciki dość ruchome niektóre, więc może następnym razem i kijek jakiś by się zdał. Ale czy będzie następny raz?

Może?

Na razie jeszcze nie dotarliśmy do końca.

Tylko, czy chę końca?

Bo zostanie tutaj jakoś takie jest niesamowicie wygodne, Jakby świat zewnętrzny miał do tego miejsca inny stosunek i tak dalej. między skałami czuję się bezpieczniej, no i onymi drzewami, które tu zamieszkały i mchami, kwiatami, całą oną pięknością… i fiołkami nawet i szczawikiem!!!

Znalazłam go!

Tak, obsesyjnie szukam go co roku. LOL

Tak… cała ona ścieżka była nieistniejąca. Sam wybierałeś gdzie stawiasz nogę, gdzie się potykasz, gdzie chcesz i nie chcesz i jeszcze… po prostu wszystko to tak zachwyca. Dzikością. Brakiem ludzkiego dotyku. Aż głupio mi jak jakaś gałązka, czy listek suchy trzaska mi pod wilgotnym butem.

Idę… a potem wracam polami, lasem pełnym bieli…

Po co?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.