Pan Tealight i Pudełko…

„Po prostu…

Wiecie, się pojawiło na stopniach i tyle.

Nie tykało, to zdołali ustalić z onej dostatecznej odległości, ale poza tym wszystkim, dziwnie tak jakoś, nikt niczego nie widział, nie słyszał, nie miał o niczym wszelakiego pojęcia… nikt nie zamawiał, kurde no, przyznaliby się, albo zwyczajnie jak zwykle odebrali podejrzaną paczkę przy dróżce… Przecież nikt nie chciał zdradzać swoich sekretów, nawet tutaj, w Sklepiku z Niepotrzebnymi.

Ale pudełko było.

Stało na stopniu i na pewno było nieruchawe. Znaczy na pewno było martwe i nie zawierało żadnych żyjątek, nawet na poziomie komórkowym… Skąd to wiedzieli? Cóż, po prostu wiedzieli.

Wiedzieli…

Ale poza tym pozostawali w całkowitej niewiedzy.

Kompletnej i definicyjnie najczystszej. I wtedy, nagle, cicho… jak to tylko ona umiała, pojawiła się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane i… zapytała co jest w środku… i wiedzieli, że będą musieli się dowiedzieć. Odpowiedzieć na to pytanie. Jak nie jej, no na pewno jej, to sobie!

Przecież nie wytrzymają…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przyjaciel człowieka” – … usz kurcze. No, powiem szczerze… że jakoś tak pasuje ta książka do okoliczności przyrody.

Aż nazbyt miejscami.

Ale od początku, oto kolejny tom z cyklu opowiadaniowego Pilipiuka, czyli wiecie, Storm, Skórzewski i inni. Nie czytać raczej od tej części, bo serio, nie warto, tym bardziej, iż pierwsze tomy onych antologii o wiele lepsze… no niestety. Tutaj, w rzeczywiście przepięknej oprawie graficznej, otrzymujemy niestety bardzo niewiele. Gorzej niż niewiele właściwie. Cztery opowiadania, w tym dwa malutkie przemyślenia i dwa chcące być czymś większym. Nie no…

… oczywiście, że jak zwykle autorowi nie można odmówić pomysłowości. Ma ją. Jest niesamowity, ale jednak… jest tego zwyczajni ino łza. A już Storm, ech! No naprawdę. Nie wiem. Mam wątpliwości, czy w ogólę kupię następne tomy, za to na pewno zapoluję na poprzednie, by je mieć. Pamiętajcie, że wciąż odnawiam swoją biblioteczkę. Zaraz, co ja gadam, odbudowuję ją z niczego.

Ale…

Wróćmy tutaj.

Jest spójnie, jest intrygująco, jest smutno, jest… znajomo i nieznajomo, czyżby one postapo dziewczyny miały stać się nowymi bohaterkami? Nie wiem. Po prostu jest… jest poprawnie, ale tak trochę na odwal. Opowiadania do siebie pasują, ale jednak, no nie wiem… jakiś niesmak po tym pozostaje. Jakby pomysły wyskoczyły, już nabierały oddechu, skrzydełka im telepały, a potem ryms na beton i to taki wiecie…

… typ baranek.

Kurcze, no nie wiem co będzie z kolejnym tomem. Czy w ogóle Pilipiuka uda mi się przywrócić do mojej biblioteki?

Okay…

Dobra.

Rzeczywiście co kilka lat Wyspa się zaśnieża w marcu. Na dzień, na dwa… i to całkiem czasem ładnie. A potem wszystko wraca do normy, no i temperatury przede wszystkim, przede wszystkim raczej nie były tak dziwne, Ciepło od grudnia do marca a teraz końcówka miesiąca i mocne przymrozki.

Serio?

No dobra…

Nie spałam, więc jakoś tak mnie zaskoczyło, nie tylko drugi dzień spierniczonego czasu, ale przede wszystkim ona nikła biel. Na polu, na dachu… nie żeby było tego dużo, ale jednak, to nie mewy. Oj nie… na tarasie tyż coś się bieli. Coś zaskakującego, coś naprawdę śnieżnego, a potem chwila moment i zrywa się wielka wichura i słońce wali, niby minus jeden, ale śniegu już nie ma.

I te chmurki przeurocze, na błękitnym niebie się pasące przesuwają się e te i wewte i ogólnie mówiąc dziwnie jest, czyli kolejny dzień pogody all inclusive na Wyspie. Bow wiecie, czemu nie.

Co, my nie możemy?

Zdaniem rządu po 13tym kwietnia wsio ma wrócić do normy i tyle. Ekhm, widząc co dzieje się w innych krajach i to jak umieralność zmienia się nagle na zwykłe zapalenie płuc i takie tam, problemy z przemocą domową, które jak najbardziej w Danii są aż nazbyt namacalne… no nie wiem, ale ja tego nie widzę.

Nie żebym nie chciała znowu mieć jakąś tam wolność, ale…

Ale tak naprawdę, czy to będzie wolność?

Czy będziemy jak Szwecja, otwarci, ale nie do końca, bo przecież zwalą się tutaj oni kuracjusze wszelacy i rozniosą i wykupią nam toaletowy!!! Serio, zaczynam podejrzewać, iż Autochtoni ni srają.

Serio.

No wszędzie ino ten papier, a u nas jest i jakoś… zainteresowanie normalne.

Ale…

Wietrzycho szalone walnęło nas kilka nocy temu. Połączeie gromady wyjców grających w piłkę, którą odbijali o nasze ściany i oczywiście gwiżdżących, jęczących i wyjących nie tylko za każdym golem, ale i przegraną.

A co…

To było straszne.

Oczywiście, zero spania. Potem dzień do dupy jak nic, ale online job trzeba zrobić. Jakoś jako ja, osoba dość nudna, nie rozumiem jak inni mogą się nudzić w domu. Przecież po pierwsze zawsze jest tyle w domu do roboty, po drugie, kurna, gdybym miała farby, to byśmy dodatkowo chatę domalowali, może i meble moglibyśmy zamówić… ale przecieś nie mam sponsorów, więc nic z tego nie będzie. Próbuję za to stworzyć własny mercz! No wiecie, takie cuda wianki, niewielka kasa, ale dla mnie wszystko. Będą testy, będą zdjęcia, będzie w dwóch językach, może trzech…

Może się uda, może nie…

Nie wiem już co robić.

Nie wiem, czy mogę robić więcej. 4 blogi, zdjęcia, obróbka ich, a nie używam photoshopa, po prostu zmniejszam cholerniki i muszę to robić po jednym, a blogi 2 wychodzą codziennie, pozostałe dwa co drugi dzień, więc… serio, idzie się zajebać. Do tego Instagram i Facebook, które oczywiście dowalają wam tym, że nie dziełają i ogólnie mają nas gdześ, wypuszczenie linków w Twitter… I tak szczerze powiem. Idę ogród przekopać, widzę zrobioną robotę. Patrzę na blogi w tym roku kończące 10 lat i wiecie co, niczego nie widzę. Wspomnienia jakieś, oczywiście, że rozwój…

Ale…

Na co to…

Ech, ten wiatr, no zawsze tak człowiekowi robi. Rozpiernicza go po całej linii… nawet obrazy czekają na wykończenie. Nie mam już sił, ręce nadają się ino na stół operacyjny i tyle. Może czase…

Czas to skończyć?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.