Pan Tealight i Zwiędłak…

„No co, no?

Jak już zwiędły, to gorzej nie będzie, a przecież wciąż kształtny i taki fajnie zielony, więc czemu nie? Zaprzyjaźnili się z Wiedźmą Wroną Pożartą od razu. Tak jakoś na siebie spojrzeli i już. Już było, już się stało, już nie mogło być inaczej, bo ona miała Żółty Dom, a on… chciał być sztuką!!!

Przywlekli się do domu już razem.

Z lasu oczywiście, w którym czuł się odrzucony i potargany, bo wiecie, wielkie wiatry odłamały go od innej gałęzi, potem ktoś go przejechał, zieloność niemal z niego zdrapał, podsuszyli go, no i w ogóle…

Pasowali do siebie.

On i Wiedźma Wrona.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane. Jakoś tak zaiskrzyło, ją ujął jego kształt zewnętrzny, a potem humor, który jak się okazało, Zwiędłak posiadał… a ona rozumiała, więc wiecie, nie było niezręcznie… No i jeszcze wiecie, ona miała miejsce, i ten wazon, a on chiał, by go doceniano za wygląd i taki i taki. I gdy gadał i gdy milczał. Może nawet to drugie w szczególności.

Wiecie, każdy ma słabości.

Nawet leśna gałązka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rytuały wody” – … dobra.

Super!!!

Naprawdę tęskniłam do tego klimatu, może niekoniecznie do samego głównego bohatera, bo jakoś chyba się nie lubimy, naprawdę, rozumiem go, jest świetnie zbudowany, osobowość, przeszłość, rodzina, ale jednak… niecierpię gościa. Ale tęskniłam do całej historii, jego bliskich, tej całej komplikacji, a przede wszystkim onej magiczności tego miejsca, mitów i legend wciąż żywych…

Niesamowicie.

Tym razem znowu zbrodnie i znowu zazębiają się one o żywot naszego głównego bohatera. Tego, który wciąż nie mówi. Wciąż cierpi po ostatnich wydarzeniach. I ponownie autorka korzysta z dwutorowej opowieści, przemieszczenia w czasie. Pokazuje prawdę przeszłości i teraźniejszośc, znowu udowadniając, iż prawda jako taka nie istnieje. Znowu mamy legendy, znowu wszystko wydaje się być takie prawdziwe i namacalne, jakby… jakby wierzenia przybrały cielesne formy.

I ono miasto.

I one tereny…

I jeszcze walka o miłość, no bo przecież… i jeszcze…

Jeśli chodzi o kryminał – genialny, mity – przesmaczne, połączenie ich zaś super, ale główny bohater, mam ochotę go zdzielić przez łeb. Serio. Dziadka zaś kocham miłością dozgonną. Naprawdę. I wiecie co… może chcę kiedyś poznać ono miasteczko? Może jednak tam właśnie naeżałoby zajrzeć na tydzień czy pięć?

Ale bez mordów.

PS. Pamiętajcie, by najpierw przeczytać pierwszy tom trylogii. No i, że trzeci już jest dostępny w księgarniach!!!

Ronne.

Bo wiecie, trzeba zrobić comiesięczne zakupy. Bo jakoś tak czas szybko płynie. Bo w miesiącu mnie tam nie ma, bo po co? Na co i w ogóle? Nie no, oczywiście, że mają tu piękne uliczki i sklepy z nie wszystkim, ale jednak… i wiecie co, nie no, pewno, że to prześliczne miasteczko z kilkoma kościołami, jakąś taką ciszą gdy niesezonowy czas i melancholią wiszącą w powietrzu, nastolatkami szukającymi…

… hmmm… zabawy czy dragów?

I oną ciemnością zapadającą, oczywiście jak jej czas nadchodzi i jeszcze tymi wszelkimi nowościami, które się tutaj przytrafiają. Wiecie, po pierwsze trzeba załatwić podstawy życiowe. Po drugie, można na spacerek krótki i nagle odnaleźć miejsce, którego się nie widziało nigdy. Takie nad morzem. Takie intrygujące, a jednak i przerażające, bo to znaczy, że zmiany są ogromne…

Gigantyczne.

I nie wiem czy mi się podobają.

Pamiętam nasz pierwszy raz i spacer do campingu wzdłuż drogi. Po jednej stronie auta i domy na wzgórzu, po drugiej morze… teraz jest tam i ścieżka i jest, i dziwna plaża i jakaś marina taka. Kurcze, muszę tutaj wrócić, gdy nie będzie zachodu słońca, bo on rozprasza… ale też… w końcu czuję jakąś mroźność.

W końcu.

Wiatr i powietrze… więcej zimy nie będzie.

Ech…

Ale z drugiej strony, to jakoś tak, no jakoś tak dziwnie jest. Wciąż i wciąż. Przerażająco. Ona rozbudowa portu, która jeszcze ma się rozwinąć, jakoś może naprawdę zniszczyć to, co było kiedyś. Ono… magiczne COŚ.

Stoję na piasku i spoglądam na zachód słońca.

Zamglony…

… lekko dziwnie zachmurniony.

I są oczywiście maszty lekko śpiewając. I jeszcze woda, ona morskość pachnąca słoną wolnością. I oczywiście oczekiwanie i podróżowanie i niespodzianki wszelakie. Bo morze to obietnica morskości, wszelaka niepewność, ale też i możliwość wszystkiego niesamowitego. Teraz nagle tylko lekko pofalowane. Może w końcu zmęczone tymi falami pożerającymi powoli Wyspę?

Może w końcu nakarmione?

Może w końcu ten cały świat się zdecyduje, czy ona ciągła wiosna od stycznia, to będzie tak dalej, czy jednak nie?

Czy jest szansa na zimę?

Pewno nie, zresztą, ja już w nic nie wierzę.

Co jak co nagle zkwarantowali u nas dwie osoby. Wiecie, na wirusa w koronie. Prawda jest taka, że jak u nas się toto rozniesie, a jest to nader możliwe, możliwe jest i to, iż może być to wysoce śmiertelne, bo stali rezydenci raczej leciwi albo i chorzy… tudzież rekonwalescenci. I wszelakie takie… a oczywiście u nas wszyscy na wakacjach byli, bo przecież who cares! Nobody!!! No więc pierwszych badali, no i podobno wynik negatywny, ale… ekhm, moja wiara w służbę zdrowia na Wyspie marna jest i ogólnie mówiąc nieistniejąca nawet w tej marności, więc…

A nóż widelec.

I na troje babki wróżyli, znaczy wiecie, zobaczy się. I człek tak patrzy na ten port zmieniony, na te maleńkie falowania, zimno mu, słońce zachodzi, ale i tak pięknie tak strasznie i jakoś tak wciąż śniegu mu się chce. Na dodatek w powietrzu wciąż unosi się zapach słoniny…

No tak, spaliła się świniarnia.

Chyba tak to się nazywa? Wiecie, duże pomieszczenie z kilkoma setkami świń. Podobno próbowali ratować itp. itd. ale jakoś tak, wiecie, ja niewierząca, więc… biedne świnki, szkoda zwierzątków. Naprawdę. Onego ich bólu, świat jest straszny. Szczególnie dla tych zależnych, malutkich, onych wciąż przerażonych, onych wciąż tak naprawdę tylko czekających…

Na koniec.

A teraz mleko dookoła, ciężka mgła osiada na wszystkich i wszystkim… może najlepiej zasnąć? Może ten wieczór winien być i ostatnim i pierwszym. Wiecie, ostatnim poprzedniego życia, pierwszym czegoś…

Nowego.

I jeszcze kurna sadzonkę choinki zgubiłam. Nosz kurde no. Sadząc inne mi się gdzież, nosz kurde no!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.