Pan Tealight i Bąk Przedwczesny…

„No trafił się.

Rany, każdemu się może zdarzyć, co nie?

Nie zdążycie i choć bardzo, ale to na prawdę nadmiernie, głośno i dobitnie wybitnie bardzo, nie chcecie publicznie, tudzież jakoś tak okolicy nie znacie, czy coś… no i się przydarza. Zwyczajnie, po prostu, ludzku nawet. Zaciskacie poślady, zęby, czy co tam macie, czasem i macką próbujecie udawać, że to spod pachy, albo zwalacie winę na krzesełko, że niby skórka badziewna, czy coś, a on, on był tutaj po raz pierwszy, a że ciepło było właściwie ciągle, bez przerwy żadnej, nie jak w szkołach uczyli, to wiecie, wygrzebał się i wyleciał…

Przedwcześnie.

Może i aura była ciepła, ale wietrzna i dziwnie pokręcona. Ni to wiosna ni jesień, na pewno nie zima… i ten wiatr, jakiś taki nie z tej części ziemi, jakiś taki obcojęzycznie wiejący, piaskowo, jakoś…

No wiecie, nie znał go.

Nie znał też tego świata, na który się tak przedwcześnie wyrwał.

Niczego już nie znał, ale był tutaj. Był tutaj i chciał, bardzo chciał się na coś przydać, bo po co tak bączyć bez obowiązków i wszelakiej aktywności, ale… co miał robić? Dobra, pewno… były i kwiatki, dziwnie wymęczone, niewyspane. Były i zielenie pól, lasów iglastych i trawników, ale czy to był czas?

Jego czas?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Deszcz i słońce.

Potem znowu wiatr i koniec stycznia… i luty, który nie przynosi zimy i już człek nie wie jak się zachować. Bo dla mnie zmiana pór roku to jednak był jakiś savoir vivre. Jakieś takie uporządkowanie mnie samej. A teraz, gdy wciąż ciepło, gdy naprawdę nawet ciemność już wcześniej odpuszcza…

Nie wiem co robić.

Nie wiem co czuć!

To wszystko staje się takie nieuporządkowane. Prawie 3 miesiące ciągłych wiatrów i wszelakiej dziwności sprawiają, że czlowiek nie wie już jak się zachować. Czas przecieka przez palce, wredne przebiśniegi zaraz przekwitną, jak tylko słońce bardziej przygrzeje… i co, znowu nie będzie wiosny? A może jednak będzie? Może w końcu będzie chociaż wiosna, taka pełna kwiatów?

A może nie?

Wszystko jest taką pełną niepewności mieszanką czyichś uczuć, że…

Ech! No zwyczajnie, życie na Wyspie jest jakieś takie inne. Pomijam fakt, że wrony i mewy chyba nie przędą najlepiej, co mnie dziwi, bo świntuchy jedne są tak upierdliwe, tak mega upierdliwe, że no nie mogę. Już nie chodzi o tuptanie po dachu czy walenie w rynny, ale raczej o usadzanie się na balkonie i zaglądanie mi w okno z poziomu tarsu! No weźcie no!!! A te kupy, to kto posprząta teraz?

No kto?

Hello?!!!

Dobra, moja wina.

Tak, kocham wrony, tak, dokarmiamy ptaki, niektórzy robią tutaj przez cały rok, więc wiecie, no ona bliskość ptasiej świadomości jest uderzająca. Patrzą się na ciebie, wiesz, że cię znają, wiesz, że one wiedzą co zrobiłeś i, że może będą milczeć… albo nie. Wiecie, ten sarkazm, ona lekka sprzeczność w kraknięciach i jeszcze…. ten szantażyk wiszący w powietrzu.

Rozbryzgujący się jak gówno…

Plask.

Czy będą milczeć?

A może, jeśli nie oddasz im tego pysznego, wyczekiwanego, oczywiście nabytego za ostatnie krwawe simoleony… ciasta, zwyczajnie polecą do prasy z donosem? Ale na co. Na które co? Jak?

Kurcze… No co! Z ptakami nigdy nic nie wiadomo. Tutaj w szczególności. One mówią!!! I to wieloma językami!

… więc karmimy.

Może i dla własnego bezpieczeństwa, a może jednak dlatego, że po prostu jakoś tak, to jedyna normalność w tym świecie. Znaczy w naszym świecie. Naprawdę. Bo nawet tutaj jakoś wsio się pierniczy.

Serio.

I to mocno.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.