Pan Tealight i Kasztan…

„Zwykły, jesienny Kasztan.

Złapany, przygarnięty, co to wiecie, postanowił sobie zostać drzewkiem, ale to już teraz i tak dalej. No w ogóle, nie chce czekać. Od razu chce dwa metry, więc wiecie, koksa na siłce dla nasionek. Bo on jednak nasionko choć orzeszek. No wiecie, nigdy nie wiadomo, nigdy a nigdy…

Kiedy kogo dopadnie chęć bycia wielkim.

Naprawdę WIELKIM.

I on chciał. Od razu, teraz na raz i tak dalej… więc wiecie, no po prostu przyszedł do Białego Domostwa bo tu i wiedźmy i Mikołajowie i jeszcze Czarowniki i Czarodziejnice i też jeszcze Pierunwiejaksięnazywamyalemagia… i oczekiwał, że mu pomogą. I to też od razu. Też, wiecie, od po prostu wejścia, wpuknięcia, no po prostu. Tak zwyczajnie.

I to za darmo.

Bo on przecież chce.

Kurna, takie pokolenie, jak u ludzi… pewnie. Albo, co gorsza od nich się trafiło, zdarzyło, przywlokło i ludzi obmiotło? Kto to wie? Ale on, nie no, na pewno nie był rozmowny, ta jego twarzyczka taka pomarszczona, wyraz dziwny, cierpiętniczy pomieszany z wrodzoną wściekłością… O nie, Pan Tealight spojrzał na niego, chuchnął w powietrze, a tam piekarniczek, a tam już masełko i inne tam delicje… oczy na niego zwrócone, dwa nacięcia, krew nie poleciała…

Kasztany!

Kasztany pieczone na placu przed Sklepikiem Domem!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jak to jest?

Właściwie chyba nigdy nikt mnie nie spytał… wiecie, czasem coś tam ktoś przebąknie, ale ponieważ dla mnie to było tak logiczne, tak bardzo człeka ona Wyspa opętała jeszcze nim się na niej znalazł… a było to w 2003 chyba… że wiedział. Pewno, iż planował że może dalej, może nawet jeszcze dalej, ale potem jakoś tak pojawiła się Ona i po prostu już było done. Trzeba było tylko sprzedać wszystko i już. I potem bidować i wpierdalać trawę i jabłka i przebrnąć przez hejt, niewiarę…

Potem się załamać, załatwić pewną sprawę…

A potem już jakoś tak… no oddychać. Zwyczajnie niby, a jednak, nie, oddychać ciężej, zmuszać się do tego, bo z jednej strony człowiek był w miejscu, w którym być chiał, ale nie do końca. Nie chciał być tym czymś… czymś ino, i chciał być, mieszkać, żyć, kawałek dalej. Kawałeczek…

Bo widzicie, mieszkaliśmy w tak wielu miejscach w swoim życiu, że aż samych nas to dziwuje. Ale jeśli chce się czegoś, to trzeba poświęcić bardzow wiele. Czasem tak wiele, że inni nie są w stanie tego zrozumieć, ale tak szczerze, czy pasja i pragnienie, w końcu zrozumienie siebie, potrzebuje cudzej akceptacji?

Czy moje wybory kogoś skrzywdziły?

Możliwe…

Ale były moim życiem, więc musiały się wydarzyć. A ci, którzy wciąż jęczą i mówią, że przecież to trudne, że przecież trzeba tyle zrobić… to zwyczajne dupy są i tyle. Albo to robicie, albo nie, ale nie pierdolcie o tym. Pewno, mówcie, że macie marzenie, ale nie jęczcie, że to tak wiele, że boli, że może poturbować psychikę i wcale nie jest łatwe, bo życie… nigdy nie jest łatwe.

Dla nikogo.

Choć wam może się zdawać inaczej.

No ale…

Spotkaliśmy kiedyś ludzi, którzy widzieli nasz zapchany samochód, gdy się przeprowadzaliśmy. Hihihi… tak naprawdę, czy nas wtedy obchodzili inni ludzie? Nie. Prawda jest taka, że byliśmy zmęczeni, znudzeni i już tak zdesperowani wszystkim, że rzucaliśmy się na głęboką wodę i…

Chowańcowi się udało.

Serio!!!

Po mnie taczej na pewno tego nie widać. Wiecie, sukcesów wielkich brak, szefem Wyspy nie jestem, właściwie nic nie robię, kompletnie, a to, co robię, to wiecie, na co to komu i po co. A tak takie są komantarze. Pamiętam, że tak mi raz dosrała jedna Dunka… że ze mnie taka księżniczka, a biedny facet musi na mnie charować. W życiu suce tego nie zapomnę. Wybaczenie… w dupie mam wybaczenie, ma mi złazić z drogi, co jest trudne, bo mieszka niedaleko, ale jednak…

W końcu i tak ślepa jestem, więc wiecie…

Niedowidzę jej.

Zresztą, wariatka jestem, więc lepiej się nie zbliżać, czyż nie? Problem w tym, że to jednak nasza księgowa, ale co tam ja księżniczka się na cyferkach numerkach znać może… wiecie, nie oszukujmy się, jeszcze wcześniejszą wieścią sprzedaną mi przez Szwedkę tu mieszkającą, było, że nigdy mnie nikt nie polubi, bo Polek nie lubią i tego już nikt nie zmieni. Dodatkowo fiutka nie mam, więc sukces to mogę mieć wiecie, jak będę sobie mleczyki zbierać na łące i tyle…

Ha ha ha…

W życiu nie zapomnę, jak koleś z urzędu zwrócił się do mnie per „mała kobietko”… podczas rozmowy dość poważnej. No miodzio… tak, tutaj zaznałam pierwszej dyskryminacji. I jeszcze kurna nie możesz komuś w ryj wymalować, bo zaraz, że kvinde gik amok i odprowadzą mnie do męża… a idźcie w pokrzywy.

To, co ja odkryłam, to moje.

Wam zajęło to tyle czasu…

To jak, przeprowadzać się na Wyspę, czy nie? A to nie pytanie do mnie. To raczej chyba do was. Bo jeśli o tym myślicie, to to zróbcie, ale najpierw spróbujcie Wyspy przez cały rok… bo to wyznacza Załamanie Pierwsze. Kolejne nadchodzi po trzech latach, a potem, wiecie…

… człek rozumie, że ludzie wszędzie tacy sami.

Ale te widoki LOL

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.