Pan Tealight i Pomylony…

„No pomylony był Pomylony i tyle.

Pomylony w sobie, w środku, w onych myślach i wszelakich zwątpieniach, w nazbytnim rozkojarzeniu… no wiecie, szalony nawet… A dodatkowo mylono go z niektórymi aktorami i to było… doprawdy uciążliwe. No wiecie, gdy postrzegają was jako kogoś niesamowitego dla nich i tak dalej, zaczynają czycić, chwalić, wszelako macać waszą dookolność, uznawać ją za świętość i dobrze się z wami bawią… choć nie jesteście przecież oną osobą, mówicie im o tym raz i drugi i w końcu…

Oni, wiecie, odchodzą. I jeszcze, że to niby wasza wina, bo nie jesteście oną sławą wszelaką i wielką, i ich zmyliliście i chociaż tak świetnie się z wami właśnie bawili, nie z tym wydumanym kimś, to jednak w końcu nie chcą was znać. I jeszcze… nawet nie chcą poznać waszego imienia i tak dalej…

I odchodzą.

Po prostu…

A wy stoicie tacy pomyleni kompletnie z kimś, kogo nawet nie znacie, więc walicie w google i nie widzicie podobieństwa i tak dalej, ale jednak ta sama sprawa, zajście, się powtarza i jakoś tak, no zwyczajnie chcecie to przejść inaczej. Chcecie od początku być fair i mówicie, że wy to wy nie on, ale oni wam nie wierzą tacy chyba jacyś spragnieni onej błyskotliwości fejmu i sławy, ale w końcu… wiecie, jakoś w końcu rozumieją i oczywiście… wszystko się kończy jak zwykle…

No i po raz kolejny.

A potem znowu.

… więc zaczęli go nazywać Pomylonym. I się przyjęło. Rozumiał to, już nawet planował odowiedni tatuaż na czole, ale znalazła go Wiedźma Wrona Pożarta i postanowił, że zostanie z oną nieznającą sław i niedowidzącą dziwaczką. W końcu ma aż trzy żółte szopy, więc jest gdzie mieszkać.

A sławy przecież się czasem ukrywają, co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer na Wyspie to taka normalność.

Wychodzisz i nie wiesz, gdzie chcesz pójść.

A potem, nagle cię olśniewa i brzmiesz przez rozwalone kurhany do onego jednego kamienia. Po drodze mijasz i inne i w końcu, po tylu latach znajdujesz nissenową brodę!!! Wiecie, takie lodowe wywijasy, co to wyłażą z drewienek naruszonych, co to się okazuje, że coraz rzadsze, coraz bardziej znikające, coraz bardziej… niesamowite, bo wielu, nawet Tubylców jej nie widziało.

Bardzo wielu.

A przecież spacery u nas to podstawowa rozrywka, no.

Za darmo właściwie i ogólnie mówiąc całkiem nieźle robią na zdrowie, chyba że spadniesz albo w wykrocie nogę jakoś takoś wykręcisz, czy alergia, czy jakiś morderca, czy coś. No co? Wyobraźnię się ma, ale nie ma co o tym zbyt wiele myśleć. Idę do niego. Mijam kolejne jeziorko i bagienko, piękności w tym świetle skąpym może, ale jednak słonecznym, kąpią się w nim, spijają z niego…

A on stoi wciąż.

Mój ukochany Dziadek.

Piękny. Tak bardzo podobny do onych głów z Wyspy Wielkanocnej. Ma i wielką głowę z mszaną grzywką i bakami, ma i ramiona, a cała reszta to tajemnica. Wielka tajemnica, której nie chcę rozwiązać. Po prostu się przytulam. Bo kamienie wiedzą i kamienie rozumieją i jakoś tak…

Mądrzejsze są…

Ale zimno wygania mnie z lasu.

Problem w tym, że do auta daleko. No sorry, ale nie zapierdalałam z buta z Gudhjem do Almindingen. Nie zdążyłabym na światło. Nic z tego… zła ja, co nie? Buahahahaaa!!! Mam to gdzieś, przemykam się ścieżkami, nieistniejącymi dróżkami, miejscami, gdzie znowu zniszczyli las i się wkurzam, a potem po prostu dróżką, ścieżką, szosą… mijam pomnik w kształcie dolmena, współczesna kamieniarka, ale jak spojrzeć z daleka, można się zmylić. Szczególnie z moim słabym wzrokiem. A potem, a potem znowu jest jezioro, to samo, ale słońce inaczej pada…

Jakby co, znowu zdjęcia i znajduję nawet trujące jagódki.

Przydadzą się na potem, bo przecież wsio gra w ilości, pamiętajcie o tym. LOL No dobra, żarcik trumienny lekko, ale światło takie piękne, lekka mgiełka i one słomiaste w kolorach trawy i wiecie… liście i jeszcze…

Takie to wszystko bogate.

Czy chcę wracać do domu?

Dom też kocham, ale jednak te lasy kryją takie miejsca, które sprawiają, że w końcu nikt cię nie osądza, nikt nie męczy, jojczy, nikt… i takie to jest nęcące, zostać w nich. Nie być człowiekiem…

Szaro…

Nawet noc może być szara. Dziwna. Nie tyle ciężka, co raczej oblepiająca i naciskająca na ciebie, zmuszająca do tego, byś do niej dołączył.

Na zawsze.

Jest coś takiego najpierw w zmroku, szczególnie tym mglistym na Wyspie, który wciąga człowieka. Zachęcająco macha kończynami mglistymi, cieszy się na twój widok, sprawia, iż czujesz się ważny… że czujesz się rodziną, kimś dla niego bliskim, kimś nawet najważniejszym, kimś prawdziwym, zauważalnym…

I chcesz wleźć w oną mroczność.

I chcesz w niej zostać.

Rozpylone w powietrzu drobinki wody zdają się odbijać w milionakroć wszelakie światło. Jakby brało je na własność. Jakby je przejmowało i naprawdę było wszystkim. Wszystkim przejmującym wszystko. Jakby wiedziało o tak wiele więcej, jakby miały możliwości, a może ino pragnienie, a może jednak i woda chciała dołączyć do onej mglistej szarości wieczoru? W końcu pewno zaraz nadejdzie wiatr i wszystko rozdmucha, rozwieje. Znikną rzadkie, małe lodowe oczka z kałuż, znikną wszelkie zaszronienia i znowu będzie tak ciepło… 6, 9 stopni.

Źle mi z tą pogodą.

Tak wiem, nie jak misiom koala, na które wszelakie influencery i media się nagle przerzuciły, w końcu zauważając trwający od września problem, ale jednak… źle mi. I ja też jestem gatunkiem zagrożonym.

Jedynym osobnikiemz mego rodzaju, pierwszym i ostatnim.

Może dlatego tak mgła mnie wciąga… te światelka na kroplach wody, ona niewidoczność, one wszelakie nadmichanie świata, miękkość cudowna, może i mokrość, ale jej dziwnie nie zauważam.

Nie jest istotna…

Co jest?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.