Pan Tealight i Gracja…

„Ona wiecie, bogini wielka…

Rąbana modelka w tunice bardziej prześwitującej niż sumienie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. I z tymi sutkami na wierzchu, wężem, no serio, a te włosy w pierścionki poskręcane, których upierdliwy wiatr nie ruszył nawet, nie tknął, nie naruszył…

No jak można tak wyglądać?

Serio?

Nawet te włoski, które to raczej i baby miały, wiecie w różnych miejscach, wszelako u niej nie występowały, albo były filuternie leciutkie, niczym meszek, muśnięcie słońcem, wiecie, złocistość, aureolka, kurna, nawet pod kolanami nic nie miała, ni wrednego, długiego czarnego włoska, ni…

Że ją obglądały?

A co… nie wolno?

Leżała tak rozwalona na trawie, bo wiatr wiał, a kieckę miała falbanistą, więc widowisko było, to sobie obglądały. Ale nie że wisiały nad nią, tylko zwyczajnie, wiecie, jakoś tak, no zoom był w aparacie Wiedźmy Wrony Pożartej… a ona sama zajęta akurat malowaniem, wpadła w berserski pędzlowy szał i po prostu jakoś tak… i ona Gracja i ten aparat i kieca ona na wietrze musująca…

Że coś się jej stało?

No przecież nie mogą tak zakłócać cudzego spokoju i nastawać na mir prywatności dookolnej. Wrzeszczały, ale cicho, wiecie, zawsze przecież ktoś spał, ktoś pracował, no naprawdę lepiej cicho być… szczególnie jak się podpatruje coś, kogoś, lub na przykład półbóstwo, które, hmmm…

A w ogóle to po co tu ona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zapach śmierci” – … jak pachnie śmierć? Słodko? Rozkładem? Śmierdzi może? Zatyka? Bólem, odchodzeniem kogoś, bo przecież czasem to też trwanie, to nie nagły zgon, ale powolny proces…

Czasem to ty.

Tym razem jednak nasz znajomy antropolog zajmuje się zwłokami dość dziwnymi. Zwłokami, które mogą zachwiać jego wiarą w naukę, jego wszelaką, może i chwiejną wciąż, ale w końcu, zdawałoby się, ustabilizowaną psychiką. Bo przecież kocha i jest kochanym. Przecież w końcu znalazła go znowu miłość…

Ale nagle zwłoki i wydarzenia w starym butynku, ruinach, na dziwnej uliczce… są zapowiedzą wszelakiego nieszczęścia… ale na początku tego nie wiecie. Na początku, to tylko zwykła praca,w kurzający współpracownicy i znajome, mądre twarze. I puszący się młodzi i zapowiedź odchodzenia i…

Demony przeszłości.

Książka znowu niesamowita. Wstrząsająca, świetnie złożona. I choć co sprytniejsi domyślą się zakończenia, to jednak nie daje się od siebie oderwać. Po prostu kolejny, świetny popis znakomitego autora. Tak, raczej polecam mieć przeczytany przynajmniej tom poprzedni, ale jednak, możecie dać radę bez tego…

Choć może niekoniecznie?

Fale deszczu mkną do morza…

Wiatr znowu kombinuje ze światem dookolnym i jakoś tak, jakoś wszystko jest inne, znowu inne. Takie fale wody płyną wiatrem do morza. W powietrzu się unoszą, poetycko i tak dalej, znaczy mokro i… ciepło!!!

Zaskoczenie?

Pewno nie, jeśli Norwegia pobija jakieś rekordy ciepła, więc… nic nie będzie z tej zimy, to sobie człek chociaż na wiatr popatrzy. Bo jak zwyczajowo widzi uginające się gałęzie, tańczące witki i liście, to gdy mamy deszcz, może też popatrzeć sobie na oną kształtność wietrznych pomruczeń.

I tak… poziomowość.

Wiatr sprawia, iż wszelaki opad u nas bieży poziomo. Ale dziś, dodatkowo nie równomiernie, ale właśnie w postaci poziomych fal kropli, które nie burzyły swojej konstrukcji przez całą drogę… do morza pewnie, choć może i dalej? Bo wiecie, człowiek raczej w taką wichurę woli zadbać o swoją głowę i zatoki, więc nie wychodzi. Ale dodatkowo w końcu wylazło słońce i wszystko dziwnie rozbłysło.

Bo tutaj pola nie są puste i ziemne.

Nie, wprost przeciwnie.

One są pełne zieleni i brązów. Niektóre wciąż zarośnięte mają w sobie jakieś żółcienie, inne, będące trawiastymi cudami, to wiadomo, wciąż zielone na maksa, więc zwierzątka, szczególnie one cudowne krowinki włochate, wiecie, te z tymi krzywkami lokowanymi, wciąż są na zewnątrz. Ciepło przecież jest i na dodatek jedzenie świeże na wierzchu, nawet ze stokrtkami, więc czemu nie korzystać?

Podobnie z owcami.

Takie to… normalne.

Takie oczywiste i przesłodkie.

Naprawdę, ale jednak, jakoś w człowieku tli się ona skierka zwątpienia w to wszystko, co się dzieje. Bo chce zimna. Potrzebuje go. By wymarzło robactwo, by jakoś no, tak znajomo było i biało.

Pierwszy Bornholmczyk, a dokładniej Bornholmczanka… urodziła się dopiero na poczatku 4 stycznia. Wiecie, sto lat! Aczkolwiek tak się zastanaiwam, czy artykuł opisjący one narodziny to nie nazbyt wiele informacji. Narodził się parze co to ma już dziecię i jeszcze dwójkę z poprzedniego jej związku i tak w ogóle, to mieszkają tu i tu, ale nie do końca, bo się budują tu i tu…

Serio?

Ludzie… RODO!!!

No ale, zdjęcie i artykuł musi byc. Musi być wszelaka wypełność gazety, szczególnie po zmianie głównego szefa szeów. Czuć, jak coś się zmieniło. Nagle gazeta jest dziwnie stronnicza i pieści tych, co źle robią. I jakoś nie staje po stronie ludu, a nawet nie przedstawia po równo tych i tamtych zdania…

Ech…

Ale jakby co, ludzkość wzbogaciła się znowu o człowieka, co tak naprawdę w wymiarze światowym nie ma żadnego znaczenia pewnie. Chociaż, ciekawe jakie będzie ono pokolenie wychowane z ajpadami, ajłoczami i innymi tam ajami. Ciekawe, czy oni będą pierwszymi, co będą mieli czipy? A może nas zaczipują?

Kto to wie, co przyniesie 2020?

Na razie przyniósł ogień i to nie tylko u nas, ale przede wszystkim… hmmm, wszędzie. Zauważyliście jak wiele krajów, krain i zabytków spłonęło? Zauważyliście, że to ogień wstąpił na najwyższe podium? A przecież zawsze straszyli nas wodą? Zawsze… albo mrozem. A teraz… prawie 10 stopni znowu.

Znowu wiatr…

Mam dość.

Chcę zimy!!! Wiecie, onej zimy jak drzewiej bywało. Prawdziwej, porządnie mrożącej bakcyle i tak dalej.

Ze śniegiem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.