Pan Tealight i Modlitwa…

„I na moce wszelakie.

I na ziemię, wodę, myśl i marzenie, na sen i dzienną wszelakość i jeszcze ogień i kamień i metal i powietrze… zaklinanie i nie do końca. Na złotouste mowy, na kasę, bo przecież musi się zgadzać, na tyłek kształtny, porządki, tudzież właśnie na to, żeby sąsiadce w końcu pierdolnęło w łeb, bo już ma modlący się jej naprawdę dość. Ale tak naprawdę, a głupio samemu rączki brudzić.

Bo modlitwa, to tak naprawdę właśnie ono zaklinanie bytu, by wykonało robote za ciebie. Co innego ofiara, wiecie, jednakowoż w tym jest jakieś poświęcenie, może i dziewicy, wtedy wiadomo, trza ją upolować. Prosiaka czy kurę, by krwią święty kamień zmoczyć, można samemu wyhodować, ale jeśli chodzi o midlitwę, to ino słowa klepiesz i czasem je zmieniasz. Niczym zaklęcie, dostosowujesz do swojej potrzeby. Magia, ino nikt jej tak nie nazywa, bo modlitwie to urąga…

Cieniaska taka modlitwa.

Ble ble ble… amen. I może nie zginę, nie zemrę, nie stracę, ale czy na pewno zyskasz? Czy na pewno się jakoś uda?

Czy w końcu?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu wieje…

Rok nowy się zaczął i człek nie wie jak się odnaleźć. Jeśli wciąż niektórych intryguje jak wygląda ono świątecznowanie się na zewnątrz, znaczy wiecie, choinki i światełka, to zniknęły w okolicach 27go, niektóre i wcześniej. Ale tak 31go, serio, obserwować można kompletną deświąteczność okolicy. Znaczy, wróć, nie tylko okolicy, bo akurat tego dnia wylazło słońce, pierwszy raz od dwóch miesięcy takie całodniowe słońce, wiecie, od ósmej do trzeciej…

Aż dziwne, więc człek wypełz po tych dwóch nieprzespanych nocach, bo wiało, domem telepało, domowe ściany śpiewały… i nagle się okazało, że choinki chcą wywalać, więc wiecie, więc jakoś tak się stało, że mamy kolejne cztery małe choineczki. I to z bombkami. Ale wiecie, to te w doniczkach, więc ino niech nadjedzie czas, choć dziś było ponad 7 stopni nawet na wybrzeżu, no ale… niech nadejdzie czas odpowiedni i pójdą do ziemi. Bo co jak co, ale las sobię zrobię.

Ziołowo iglasty!!!

A co!!!

Może nie mogę mieć drzewek wysokich, domku wyższego i jeszcze balkona miec nie mogę… no takie wymogi architektoniczne, serio!!! Ale, przynajmniej choineczki i wszelakie inne iglakowe roślinności będę mieć, a zioła, zioła to serio, ino niech mi się uda dorwać lawendę i tymianek z rozmarynem, to poleci w całą grzędę. A raczej dookolnie. Przed domem i za domem. A co…

I lubczyk oczywiście…

I kilka kwiatków.

Na pewno w trawnik masę cebulek, ale to wszystko i tak z czasem wylezie. Wszystko jakoś tak z czasem się zrobi, bo dom choć nie nowy, to jednak młodiutki i biedak bez ogródka doprowadzonego do jakiejś takiej mojej klasy. Czyli dzikiej wszelako i ziołowej, coby pszczółki i motylki miały fan.

A co!!!

Fale i morze i port…

No wiecie, jak już to słońce, to trzeba było wyleźć. No i te fale, może nie wielkie, ale jednak… jak już człowiek popatrzył na te usunięte i usuwane choinki, jak pomyślał ile tego pójdzie na przemiał, jak uratował trochę… jak nagle se myśli, że może kurde się uda i pięknie będzie, bo choinki są mega…

I jeszcze przecież…

No wiecie… jak dobije człeka ono deświąteczniowanie Wyspy, to jakoś takoś, takoś jakoś, no wiecie… potrzebował człek onych fal. I bursztynowego światła przenikającego przez nie. I jeszcze oczywiście te fale i zapach i wolność i nagle się okazało, że akurat tutaj jakoś ludzie to nie byli w wielkiej ilości, lepiej, w ogóle w końcu ich nie było… i w Hammerhavn byliśmy ino my.

I fale i wiatr i jeszcze…

No właśnie ono coś, czyli oczywiście mgiełka. Czadowa, cudowna, niesamowita. Mgiełka solna, inhalacja wszelaka. I to wiecie, przysługująca tym co blisko fal, tudzież tym, co mają jak do nich dojechać szybko i tym…

Co po prostu wiedzą, że one mogą wiele.

Morskie fale.

Jakoś tak w człowieku coś się układa. Jakoś tak w głowie szumy znikają i myśli stają się przeczyszone. I jeszcze… oczywiście się oddycha. Nie tylko chodzi o to światło i na skałach rozbijające się fale i szaleństwo wszelakie… kilka mew tylko tym razem. I trochę takiej, jakiejś, znajomej z czasów dawnych… no wiecie, ciszy wszelakiej. Spokojności. Czegoś, co zawsze kochałam w Wyspie, a jednak ostatnio coraz częściej się nam to odbiera. Wiecie, jakoś tak.

A przecież po to człek się tu przenosi…

Dla tego czasu między czasami…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.