Pan Tealight i Chochel is back…

„Bo on spał.

Chatka Wiedźmy okazała się nagle kłamstwem i koszmarem, więc musiał odespać oną całą ochronę, którą sprawował nad swoją Wiedźmą Pożartą.

Wiedźmą, która się zmieniła.

… której coś się stało na poziomie najgłębszego wiedźmostwa i ono COŚ było już naprawdę nieodwracalne, a na dodatek, on to wszystko przespał. A nie powinien był. No przecież nie powinien był… od tego pierwszego dnia, gdy tylko się poznali, gdy on jakoś tak do niej przylgnął, wiecie, pozostał tak po prostu i zrozumiał, że to jego wiedźma, że w końcu ją znalazł, choć bez urazy, ale optował ku wyższym celom i rejonom… a ona taka niska… Nie żeby jej brakowało dostojności, ale pod drzewkiem przechodzi wyprostowana spokojnie. Naprawdę!!!

Od tego czasu byli razem.

Cichszy czy głośniejszy, jednak przecież był zawsze przy niej. Pomagała jej, tworzył z nią, a teraz… i pędzle suche i farby dziwnie nietykane. Tylko te słowa wciąż się w niej kotłują, a Książki

Pomordowane!!!

Obydwoje wciąż nie mogli się wydostać z onej matnii i jakoś zrozumieć braku kartek, stron, słów, opowieści na wyciągnięcie ręki. Nie mogli. Po prostu. I obrazów, które zniknęły ze ścian i woli wszelakiej… woli ku czemuś jeszcze większemu, a teraz, a teraz jakoś się to w niej… zmieniło.

Ale już się obudził…

… więc… co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia zmienia” – … oj tak. Przyznaję, że kocham ten świat. Tak kocham. Oczywiście, że w serii są tomy, które podobają mi się bardziej lub mniej i pewne maniery duetu czasem mnie wkurzają, ale wciąż…

Tak, to jedna z moich ulubionych serii fantasy. Z tej gałęzi miejskiej, post-apomagicznej. No i te osobowości, rany Julek no, można się rzucać i nie lubić głównej bohaterki, ale cała jej dookolność, ono czekanie na coś…

Tutaj jest pewne perfekcja oczekiwania na coś, co się stanie. Na coś, co może nas bardziej zaskoczyć, niż opuszczenie Gromady. A tak, spojler? Oj nie, przecież to było w poprzednim tomie, a wiecie, że zawsze zalecam czytanie cykli od początku. Sorry! Inazej się nie da. Pewno, że macie wspominki i opisy – które mnie nudzą, ale jednak… zacznikcie od początku, a ci, którzy czytali poprzednie tomy ucieszą się z tłumacza, dość dobrej korekty, no i całej opowieści.

Opowieści, która mocno zaskakuje.

Gdzie potwory zmieniają się w… ojców.

Gdzie kłamstwo ujawnione w końcu okrzepnięte nagle prowadzi do nowego życia. Życia, w którym nagle jesteście zwykłą rodziną, choć on warczy a ona słowem mocy zrobi z was niewolnika. I tak, będzie miłość… dobra, przewijam te sceny, na szczęście nie ma ich wiele… będzie miłość zakazana.

Będzie walka i kolejne tajemnice i…

I więcej nie powiem.

Jak znacie, helloł, czeka na was kolejna historia!!!

Światło.

Poranne.

Niesamowicie zniewalające…

Widzicie, wschody i zachody słońca zawsze są kolorowe. Zawsze są jakieś, ale nie zawsze są takie same. Czasem potrafią naprawdę zaskoczyć. Czasem się na nie spóźniacie, spektakl na dookolnym niebie, wiecie przyhoryzontalnym, już się skończył. To, co najczęściej widzicie na zdjęcia już się rozmyły.

Fiolety i róże odeszły i zostałam…

Z oczekiwaniem.

I odpływem, bo w tej opowieście właśnie odpływ i nagła cisza między wiatrami, jest naprawdę ważna. To ona stworzyła specyficzną poświatę, odbicia, rozmycia i oną srebrzystość… bo po godzinie… nadeszła straszna mżystość i wszelaka szarość, więc, chyba opłacało się wstać o świcie w niedzielę.

Ale wróćmy do początku.

Najpierw lekkie fiolety, wiadomo było, że nie potrwają i, że gdy dotrę do wody, zmienią się w pomarańcze i lekkie czerwienie przemieniające skały w magię, wybrzeże w coś, co jest nagle wyłącznie linią dzielącą je od wody. Aż w końcu, gdy dotykają wody, gdy słońce wlazło trochę wyżej i z obydwu stron omiotły je chmury…

Coś się zmieniło.

Nadeszło złoto i srebro.

Płynne i połyskliwe.

Po prostu niesamowite. I jeszcze z tym niskim poziomem wody, z której wystawały czyste, czarne w onej przeciwnej światłości kamienie i kształty ptaków, bo wiadomo, pod światło, to wszystko… zmusiło mnie w końcu do założenia drugiego konta na Instagramie. LOL Serio… bo w tej całej mocy zdjęć człek się gubi. Czas na więcej zmian. Jakby kurde człekowi było mało, no ale to światło, ten rozblask, a potem szarość…

Konkurs.

Duński język dziwny język.

Nie żeby trudny, serio. Gramatyka, czy czytanie, spoko wodza… jeśli jesteście w Kopenhadze. Jak na Bornholmie od razu udawajcie, że jęzorem gorąe pyry memlacie i będzie grało. Każdy i tak tutaj ma swoją własną wizję w jaki sposób słowo ma być wypowiedziane, więc bez nerwów… i żeby nie było, to mówią Duńczycy. Podobnie Szwedzi, którzy uznają, że przecież to takie same języki…

Nie no… pewno, że się da zrozumieć jak znasz kontekst, ale jednak, no weźcie no, co region to inne czarowania. Ale KONKURS… ech!

Nic zabawnego.

Hallegaard był przez dłuższy czas onym wiecie, mięsnym znakiem firmowym Wyspy. Pewno, że były problemy i to naprawdę odstawowe, ale wydawało się, iż przejęcie przez Kadeau – to skomplikowane, więc możecie sobie poczytać o tej restauracji i całej, no naprawdę pięknej, jak popatrzeć ino na słowa i papier… inicjatywie tu – miało być pięknie, ale wiecie… wychodzi na to, że kurna u nas jak zwykle. Było pięknie i się posrało. Upadłość, zamknięcie, wszelaka tam depresja i… nie wiem, naprawdę tak to bardzo nieopłacalne, czy jednak Kadeau nie jest tak bornholmskie jakim się przedstawia?

Na dodatek jeszcze Kiełbaskowóz zamykają, więc serio, podejrzewam, iż chcą z nas uczynić trawojedzców. Żeby nie było już były takie numery. Nagle stweirdzili, że za wiele masła jedzą, więc przywalili z podatku, podatek zdjęli, ale ceny wysokie zostały, więc ludzie dookoła polują na tańsze masła i wszelkie promocje.

Podatek na czekoladę nadal jest.

No już nie wiem…

Przymusowe odmienianie człowieczeństwa, czy kolejny eksperyment państwowy na ludziach całkiem tego nieświadomych. A może świadomych?

Tyko, co mamy zrobić?

No tak serio?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.