Pan Tealight i Pożegnania…

„Wiedzieli, że istnieją.

Wiedzieli, że przecież jakoś ono Koło Czasu się toczy i rzeczy oraz sprawy przemijają, mijają się obok siebie, wszelako jakoś tak się stykają, a potem juz ich nie ma. Znikają, mocno się niewidzą, albo… nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że istnieją. Istnieli. Będą istnieć… albo też… no właśnie, odchodzą.

Na chwilę.

Na moment…

… na zawsze.

Pożegnania. Grupowe, pojedyncze, wiekuiste i te tylko na chwilę, dłuższą lub krótszą, ale jednak. Rozstania, odrzucenia, patrzenie na coś, ale niemożenie tego dotknięcia, muśnięcia nawet wzrokiem, zjedzenia, posłuchania, czy może nawet one niewidzenia? Może i nawet te nieczucia całkowite?

Wiecie, mówienie czemuś, co wciąż jednak istnieje w tym świecie, do widzenia. Żegnaj na zawsze. Nie wrócę już tutaj. Nie zjem cię. Nie poliżę. Nie będę kochał, odwiedzał, nie będę w ogóle o tobie myślał, jeśli mi się uda. Bo przecież to trudne. Miała być miłość, ale ona mówi nie, więc nagle…

On musi jakoś potaknąć i przyjąć to na klatę.

Pożegnać się…

Z ukochaną filiżanką, której urwało się uszko, albo co gorsza, która upadła z niesfornych dłoni, trzęsących się w amoku jakimś, i rozpadła na setki kawałeczków. Filiżanką, której nie można już nawet skleić… kubeczkiem od Babci, talerzykiem, miseczką. Gaciami, które podobno przynosiły szczęście.

Łożkiem, miejscem… człowiekiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kolejny wschód słońca…

Wiecie jaki to ból, jak człek w końcu widzi, że coś z tego wschodu będzie bardziej imponującego, no i budzi się w momencie, w którym słońce już unosi się nad ziemią… wiecie? Bo ja wiem. Koszmar. Ale można ubrać się ekspresowo i zdesperowanym truchtem ruszyć na plażę. Bo w końcu nie jest daleko, minuta, dwie, ale… można też zostać i popatrzeć z domu, jednak, czy nie lepiej…

No właśnie, o to chodzi, że lepiej od razu wyjść, a nie myśleć zbyt wiele. Nadmierne myślenie zabija czas, a w przypadku wschodów słońca o tej porze, to mijają one szybko. A może zawsze tak z nimi jest? Może w rzeczywistości tak jak zachody jednak walą farbkami na niebie dłużej, tak wschody listopadowe są inne? Odwrotnie wcale nie nurkują? A może jednak, może to wszystko zależy od dnia, a ten był… okiem cyklonu. Znaczy Wyspa w końcu znalazła się w zasięgu jakiejś ciszy i zatoki przestały mnie rąbać, i można było, jak już człek te gacie założył, to wiecie, po prostu ruszyć się i skorzystać. Praca, spacer i gimnastyka w jednym. Zwyczajnie!

Po prostu.

Logicznie mocno.

I tak…

… może kolory na niebie z fioletów przeistoczyły się już w one róże i pomarańcze, może słońce już wychynęło ponad horyzont, to jednak, wciąż… ech! Bo widzicie, światła nad wodami, które akurat odpłynęły, i to dość mocno, może zaskoczyć. Przemieniać się od ciepłych odcieni po tak chłodne, że aż… prowadzące do dziwnie, śnieżnych chmur. Do mroczności i zarości. Tak nagle, w chwilę. Jeszcze na plaży słońce, ale już kilka kroków od niej, nic po nim nie było, jakby wszystko działało tylko gdzieś tam.

A może mi się śniło?

Może?

Przecież wciąż jeszcze mogę śnić…

Nagle, po onych dwóch wietrznych dniach, które porwały doniczki, nawet te ciężkie niewiarygodnie, które ujawniły nowe dźwięku w naszym domu, a przede wszystkim przyniosły świeże powiewy, wszelaką zmienność i jeszcze ból głowy… ale to koszmarny ból głowy. No bo tak. Są wiatry, które jakoś tego nie robią. Które odświeżają i pozwalają spojrzeć na wszystko świeżym okiem, ale są i takie, które tańczą mi w zatokach i naprawdę utrudniają życie. Jednak najgorsze są te mentalne, które sprawiają, że chcesz kogoś, naprawdę nie ma wyjątku kogo, utłuc.

Boleśnie.

Wyrafinowanie i długotrwale.

Oj, naprawdę.

W jakiś sposób nie możesz myśleć o niczym innym, tylko właśnie o tym. O onym mordzie, wszelakiej niechęci i wkurwie rozwalającym i ciało i umysł i jeszcze… naprawdę nie pozwalającym niczego kostruktywnego zrobić.

Wiecie, że nawet można dostać zwolnienie przez wiatr?

To Wyspa.

Miejsce, gdzie świat ma tak wiele do zaoferowania, iż czasem zdaje mi się, że wykorzystuje nas, mieszkańców, by zaczerpnąć energii do tworzenia, lub może i walki z jakimiś nader pokrętnymi siłami? Na przykład wiecie, takimi w pastelowych różach, z koteczkami, cekinami i różyczkami na kapelusiku.

Yyyyyyy… mówiącymi: buzia, kawusia i ciasteczko.

Albo portfelik.

Bleeeee!!!!

Ale zaraz, przecież miało być o słońcu. O onej nowości, inności i tym wszystkim wszelakim, ale może jednak to wiatry chciały by o nich napisać?

Zmusiły mnie.

Ale to taki czas.

Wietrzny, niezależnie od diety. LOL

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.