Pan Tealight i Jesień Muchomorów…

„Są.

A może były?

Kurcze, nie wiem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W końcu niektóre dni stają się szare i przyjemnie mgliste.

W końcu wszystko staje się spokojniejsze, cichsze, jakieś takie bardziej wyspowe. Takie, jak pamiętam. Wielkie halloweenowe boom przeszło. I chyba raczej nie poszalało, bo nie oszukujmy się, to nie jest nasze święto. Mamy inne. Mamy Fastelavn, mamy dzieci błagające o kasę, ale cukierki…

… nie no, nie w tym kraju!

Dobra, w stolicy rzeczywiście było widać kilka zakręconych w prześcieradłowe kiecki dziewczynek biegających po ulicach, ale kilka, to wiecie, niewiele. Może i w jakichś bardziej zamkniętych społecznościach, jeśli tutaj takowe istnieją, coś się działo, ale tak naprawdę… poza kilkoma gnijącymi teraz dyniami… nic.

Bo to nie nasze święto.

Na pewno wymuszenie sklepowe, na pewno komercha i może byłoby fajne, gdyby nie właśnie to wymuszanie. To… Przecież tak serio „trick or treat” to zwykły szantaż. Dawaj, albo ci wpierdolimy. Co oczywiście przemieniło się w dosłowne „Wpierdolimy” w niektórych miejscach, gdzie policja ostrzegała ludzi przed otwieraniem drzwi z pwoodu band nożowników. Szczerze… kurde, kto dziś otwiera drzwi? I mówię to z miejsca, w którym jeszcze naście lat temu otwarte drzwi były normalnością. Teraz, już nie są. Mocniej, policja nawet wydała stosowne zarządzenia, by ludziom odrobinę starszym opisać to w przystępny mocno sposób i tyle… skończyła się wolność i swoboda…

Nadszedł strach, więc…

Sorry Halloween…

… ale jeśli chodzi o Samhain, oj tak. Może i spora część z nas ma swoje ukochane miejsca, ale wiem, że wiele ludzi odwiedza wszelakie skupiska kamieni, kurhany i rosery wszelakie. Bo co jak co, ale tutaj pogaństwo to piwo zostawione nissenom i balanga w miejscach, o których niektórzy myślą, że im chronologia się już skończyła. Tutaj się świętuje jednak wciąż po staremu. I chociaż Duńczycy amerykańskość kochają, to jednak w tym miejscu, no jakoś takoś, pośmieją się, ale nic poza tym.

Lub niewiele.

W sklepach oczywiście w końcu pojawiają się wszelkie świąteczności.

Jul na całego.

Ceny zwalają z nóg, rąk, rzęs i cycki opadają. No chyba, że coś się wam uda zdobyć z wyprzedaży, ale po pierwsze wyprzedaże u nas coraz rzadsze, niestety, ale jakoś tak wolą przechowywać rzeczy przez lata i przeceniać je dopiero po kilku wiekach zakurzenia, ale… w końcu co my tam o modzie wiemy?

Nic!

No ale… ważniejsze, że jest ciemniej, aczkolwiek dziwnie rzadko i sporadycznie, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Pasji, której wciąż nie rozumiem. No serio, co szewce mieli z tą pasją? Ktoś wie? Nie chce mi się googlać już, serio. Grudzień idzie, niby jesień, ale temperatura wciąż dość wysoko jak na ten czas roku, liście opadły, ale wiele z nich dziwnie zielonych i wiecie co…

Zawiedziona się czuję.

No serio.

Ja chcę kolorów, światła, wszelakiego poruszenia, szelestu i tak dalej. A tu na dodsatek znowu jakieś wiatry, więc i te ostatnie liście znikną. I tak w ogóle, to podejrzewam jakiś koszmarny spisek. Seryjnie! Spisek dotyczący kradziejstwa liści z Wyspy. No naprawdę one znikają. I ich nie ma. W ogóle nie ma!!!

Ni na górze ni na dole…

No ja już nie wiem…

A reszta oczywiście zielona. I pola i trawniki. Czyli kurcze Szkocja, czy co? Irlandzkie klimaty ino z innymi domami?

Ech…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.