Pan Tealight i Najeźdźcy…

„Przybyli.

Wyglądając groźnie, z wielkimi, metalowymi statkami, z dziwną światłością, burzeniem horyzontalnej czystości i minimalizmu. Z tą srebrzystością, maskowaniem, maciupkimi bojami porozrzucanymi dookoła…

Z onym złudzeniem, że są tutaj, tak blisko, a przecież wcale ich tutaj nie było, byli daleko, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wiedziała… wiedziała lepiej. I choć nie widziała, widziała więcej. I była pewna, że to znowu nie jest dobry znak. I to na dodatek kolejny takowy.

Ale co mieli zrobić.

W końcu oni tylko ćwiczyli.

Jakby można było ćwiczyć sobie ot tak zabijanie. Ot tak planowanie niszczenia krajów, światów, zabawy z bronią, dźwięki wszelakie, oddziaływanie na ludzi… może i ptaki nie spadały z niebios, ale jednak wrony były niespokojne, a jak one były niespokojne, więc i podenerwowaną była Wiedźma Wrona. Wiedźma nader szczodrze ostatnio karmiąca wrony, które szeptały jej do uszu dźwięczących kolczykami historie…

Historie z wielkich, metalowych statków.

I pontonów…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziwna pogoda” – … opowiadania. Specyficzne opowiadania. A raczej nowele… trochę dłuższe, głębsze, zawsze z przekazem. Ale ja tak bardzo chciałam powieść.

Tak wiem, moja wina, nie doczytałam i tyle.

A autora cenię i uwielbiam, więc… tak szczerze, nie żałuję. Bo to pióro, te osobowości, one historie… oj, tak bardzo by się chciało by były dłuższe, by były bardziej rozwinięte, by były ze mną na więcej. Więcej czasu, więcej chwil, więcej, po prostu więcej. Bo bez urazy, lubię nowele, opowiadania też, ale jednak wolę dłużej i więcej.

Rozmiar ma znaczenie.

Na szczęście książka znowu jest przyjemną cegłą, grubą, pięknie wydaną, więc wiecie, choć czyta się ją bardzo szybko, to jednak wciąż warto. Warto poczytać dobre pisanie, choć niektóre pomysły mogą się wam wydać znajome. Ale przecież niektóre myśli ujęte w lekko inne ramy mogą odkryć przed nami inne strony… człowieczeństwa.

Bo autor znowu czepia się człowieczeństwa.

I dobrze!

Jemu to wychodzi niesamowicie!

Kudosy też dla tłumacza!!!

No dobra, walę to!

Ktoś zepsuł mi horyzont!!!

Serio! Nie dość, że manewry, to jeszcze na dodatek niemiecka bandera tak wielka, że w cholerę brzoza ma tło dziwne. Wiecie, ta brzoza, co to kiedyś stała mi przed oknem, a teraz jakoś tak w oddali mruga z falami, no i onymi wojskowymi shipami. I jeszcze ci nurkowie. Dziwne plamki na niebieskości.

Tylko te ich pontony i boje pomarańczowe.

Niby człek wie, że przecież to tylko ćwiczenia i takie tam, ale jakoś coś w powietrzu wisi i nie dynda nawet. A wietrznie dość było przez czas jakiś. Nawet znowu popadało, nawet znowu coś pociemniało, nawet jest ta jesień, ale wciąż nie dostałam takiego dnia pełnego onej ponurej jesienności.

Wiecie… co kto lubi.

LOL

Ja czekam na mroczne wieczory, poszumy deszczów, one zielenie odmieniające się, bo co jak co, ale na razie się lenią. Lenią się tak bardzo, że olewamy wszelkie ostatnie imprezy jesienne tutaj, za kilka dni zaczyna się czas ferii, wię wsio zmienia się w Halloween, a potem już Jul i koniec roku i znowu człek nie wie…

… gdzie ten czas zleciał.

Odleciał może?

Na wakacje poleciał?

Nie wiem, ale jest to wkurzające! Czas zdaje się być czymś, czego już nawet nie można ogarnąć. Niby mamy technikę, mamy zegarki, kalendarze, ale to wszystko pędzi tak szybko, że nie daje się siebie przemyśleć.

Choć to może i dobrze?

Tylko te statki…

Może w rzeczywistości to ich wina, że czas tak pędzi? Może to one coś kombinują z continuum? Albo gorzej, zapomnieli to zrobić? A może coś pokręcili z jakimiś liniami magicznymi, a może Syrenice się wkurzyły, a może…

Można serio kombinować z teoriami, ale prawda jest jedna. Nagle przymuszają człowieka do niemarnowania niczego. Ni oddechu, ni chwili na drzemkę, nie, ciągle coś rób, twórz, bądź… żadnej celebracji naprawdę, a jak już, to chwila tylko no i koniecznie na pełny regulator, a ja… ja się gubię.

Wiem jedno, farba się nie może zmarnować, więc w weekend malowanie. Jak się uda, to się uda, jak nie, kanał trochę. To w końcu już dwa miesiące w nowym domu. Nie, wciąż się nie przyzwyczaiłam, a z drugiej strony obydwoje czujemy się tutaj tak, jakbyśmy mieszkali tu od zawsze. Z drugiej strony, w tym miejscu żyjemy od tak dawna, że już nie pamiętam, a może nie chcę pamiętać przed…

… a może nawet zapominam, by nie cierpieć, tego co działo się w Mold Husie…

Wiecie, bo złe czasem dobrze zapomnieć, szczególnie jeśli nie można mu przypierdolić w ryj patelnią. Najlepiej ciężką, no i wiecie, taką odporną na plamy. I raczej jednorazową, bo już nic z nią nie zrobię. Będę się brzydzić, więc… jakby co, to czy ktoś chce używaną patelnię? Ino raz?

Pytam na zapas!

PS. W sprawie kupowania domu na Wyspie, powinnam napisać coś więcej, ale tak szczerze, to człek dziwnie się czuje. Wiecie, cała ta sprawa prawno-bankowo-pożyczkowa jest jak w innych miejscach. Tutaj przebiega szybciej, bo przecież ludzie się znają. I dlatego zalecamy wzięcie pośrednika, który, jak nasz, zna wszystkich. Oraz ich słabe i mocne strony, a jednocześnie zgrywa cichą myszkę. Genialna opcja. Co do danbolig’u… ech, z jednej storny uwielbiam szefa, ale koleś, który nam się trafił, typ kochanka starszych pań, wiecie, takiego, co każda babcia mu ciasto od razu piecze, był naprawdę kompletnie nieodpowiedzialny i niedoinformowany. A to jest niedopuszczalne. Błędy, który popełnił, to co się stało przy przejęciu domu, to co odkrywamy teraz… i to, że dziś przywlókł dupę z butelkami dwiema wina… ma na minus. Bo wiecie, z winem do mnie… ekhm. Research się robi. A co jakbym była AA?

Jakoś gluten to wielka sprawa, a coś tak równie istotnego nie?

Nie wiem… za to dom, wciąż czuję się tu jak na wakacjach, z których zapomniałam wyjechać. Z przerwami na robotę. LOL

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.