Pan Tealight i Zmienność Wiedźmy…

„Zmieniała się.

Może nie po raz pierwszy, może nie zaskakująco… może… ale jednak jakoś tak się doprawdy przeistaczała.

A raczej coś w nią wlazło i ją reorganizowało.

Coś kopnęło w dupę od strony wewnętrznej i po prostu zwyczajnie powiedziało jej, że ma dość. Naprawdę ma dość, więc nie musi już… może naprawdę odpuścić. I chyba Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczęła onej Zmienności najpierw niepewnie może, najpierw i z wątpliwościami, wiecie, wstydliwie czasem nawet, ale jednak… może i nie do końca słuchać, ale zapewne podsłuchiwać. Dopuszczać ją do swych myśli i działań, do marzeń i sennych zawirowań oraz wszelakich twórczych działań, gdzie jakoś tak…

Zaczęła sobie uświadamiać, że jej chyba naprawdę, może i nie w pełni, może i czasem po łebkach jakoś tak, może i zza płota, spod garnka czy też tego foliowego kapeusika, albo wiecie, czegoś w innym stylu fashion from Russian… słucha.

A z czasem…

Bardzo.

I doprawdy ją to zaskakiwało, że w ogóle dopuszcza coś takiego do głębi swego jestestwa. Taką myśl, taką wizję, takie… coś. Że może i skazi tym to coś swojego, coś naprawdę własnego, co czynią ją nią, ale jednak…

Musiała.

… i w końcu jakoś tak przystanęła.

Przysiadła nawet, lekko na piętach narzekając na achillesy… i stweirdziła, że może sobie na to w końcu pozwolić, bo już nie może inaczej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mitologia nordycka” – … bo tak. Uwielbiam Gaimana i czytam co tylko napisze. Poza Twitterem, czy innymi SMami, ale i one do mnie docierają, więc…

Chwyciłam i za tę, bardzo cieniutką powieść.

To pierwsze mnie zaskoczyło.

Ona cienkość, minimum słów, cena. Piękne wydanie, naprawdę, ale jednak… serio? Aż tak cieniutko? Nawet człek się nie rozpędzi nie dotrze do Odyna, nie zabawi z Lokim, a tu już koniec. Tak, jak najabardziej Gaiman wykonał świetną robotę, ale tego jest jakby… na iego za mało. Jakby one postacie były już tak znane, że zwyczajnie, nie chciał się powtarzać. Wiecie… moda na Północ trwa, widać.

Czy warto zajrzeć, tak.

Ale kupić na wyprzedaży, a o bogach poczytać w mitologiach historyków i badaczy antropologii kulturowej. Szczerze. Chociaż nie znaczy to, że się nie zabwicie. Bo zabawa jest przednia, w końcu to Gaiman, pisać umie!!!

Bokul…

No bo miał być dalej ten spacer.

Pamiętacie, ten z grzmotami, co to się zaczął miastem i opowieścią o świetle i starościach, a zakończył w dziwnym miejscu. No więc byliśmy pod jednym z moich najbardziej ukochanych domów w Gudhjem, wiecie, ten biały, lekko zamkowy, zarośnięty, ten już na górce prawie, zaraz za cukierkami drogą prosto do góry…

I oczywiście zaczęło padać.

Ale, żeby tylko kurna padać!!!

Lać!!!

Wielkie krople z łoskotem zaczęły się zwalać z nieba a człek zaskoczony i zdziwiony, że to nie dżdżudżdżu, ale szumy i wodospady. Nim wyjął parasolkę był mokry. Nim dotarł na Gramyr nadawał się do suszarki. I tyle… i nage, mimo deszczu, który między drzewami był mniej groźny – burza się oddaliła, więc nie ma boja piorunowego – człek zobaczył nagle otwierające się przestrzenie wody i z góry i z dołu i nenufary. Może i nieliczne, ale jednak. I jeszcze żółte one były i białe i różowawe…

I niesamowite.

I były oczywiście one pradawne twory. Skrzypy wszelakie, czy jak tam się one zwą. Jakby nagle z wody miała się wynurzyć Nessi.

I po raz pierwszy widziałam coś takiego. I słońce i deszcz jest normalnością, ale ulewa i lekko przedzierające się słońce, gdy wciąż jeszcze wszystko dookoła takie zielone i woda i liście i tylko kwiaty takie nie z tego świata.

Inne…

No i zrobiło się wrząco i trzeba było w końcu iść do domu. Chwila wszelkiej oddychalności minęła, wsio stało się śliskie, cała erozja ukazała się w swej doskonałości… nie było mnie tutaj przez kilka miesięcy, w tym miejscu, a tak ono już ucierapiało przez te ludzkie łupoty i wycinki i jeżdżenia wielkimi maszynami.

Tracimy Wyspę

Coś się zmienia.

Coś się kończy, ale czy naprawdę coś się zacznie.

Coś takiego, co doprawdy sprawi, że Wyspa będzie się czuła dobrze w swej własnej, znajomej skórze? Nie wiem. Wiem jedno. Ten nalot Turyścizny pozostawił wielkie, niewidzialne i widzialne szramy. Wiele Tubylców nie wychodziło z domów, poza tymi ulotnymi chwilami pracy i czasem podskoczenia na plażę, czy w sobie znane miejsce, gdzie można tyłek zamoczyć.

Ale wtedy przyszedł napływ kwitnących fal i wszystko się skończyło. I jakoś tak, i w sklepie, a przecież jeść musimy, i ci co ziemię uprawiają i w ogóle… my… zostaliśmy dziwnie stłamszeni. Nie wiem dlaczego ludzie tak się zachowują na wakacjach i urlopach, w innych miejscach. Jakby nagle nie obowiązywały ich znajome, zwykłe prawa czy też, wiecie, no ten savoir vivre.

Choć…

… czy ktoś jeszcze wie jak to z nim jest?

Może świat chamieje wszędzie?

Rozumiem Włochów, którzy głośno mówią, że mają dość Turyścizny, że nikt już nie pamięta, iż są ludzie, którzzy żyją, najczęściej bardzo niebogato czy nawet biednie w miejscach uznawanych za sławne i oblegane.

Podobno Hallstatt strasznie cierpi… a tak chciałam kiedyś…

No nic, zostaje północ.

Tam jeszcze nie jest aż tak źel.

Boję się, że tylko na razie… bardzo się boję, bo nie mogę się wyłączać na 3-4 miesiące w roku. Nie mogę się wszystkiego tak bać!!! Żadne z nas nie powinno, a jednak, kurde, a jednak chyba to nam się szykuje.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.