Pan Tealight i Mała Koparka…

„Jak nic musiała komuś uciec.

No przecież tutaj, to całkiem coś normalnego, że maszyny się buntują i pragną zażyć… natury. Wiecie, kąpielowe zabawy, stroje i utensylia. Jeśli zobaczycie na Wyspie jakąś maszynę z piłką, to nie próbujcie jej zabierać. Nie, na pewno nikomu jej nie brakuje, a właścieciel czy właścicielka… zwyczajnie chwilowo nie pokazuje na co ją stać. Bo wiecie… ludzie nie rozumieją.

Naprawdę.

A tutaj przecież wszystko ma duszę. Przenośną, ulotną czasem, czasem przyciężką i domagającą się atencji, ale jednak ją ma. I swoje pragnienia i marzenia. Dlatego też maszyny zostają na zewnątrz na weekedny, by się zabawić. podobno jest nawet bar dla maszyn, ale niełatwo odnaleźć jego lokalizację. W jakiś dziwny, intrygujący zarazem, sposób, one potrafią się ukrywać…

… więc jeśli się pokazują jak ona pomarańczowa, Mała Koparka, prawie zabawkowa, wiecie, dla trochę większego człowieka… czegoś chciała od Pana Tealighta. Ale by zaczęła mówić, musiał nadejść odpowiedni czas, więc Wiedźma Wrona Pożarta zwyczajnie poszła zaparzyć herbatę.

Zieloną z miodem…

… i rokitnikiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Miejscowo…

Znaczy wiecie, w domu.

Znaczy domowo, ogrodowo, znaczy… wszystko się jakoś tak zmieniło. Na przestrzeni kilkunastu lat, naprawdę boleśnie się Wyspa spieprzyła. Nie ma już corocznych odnawiań fasad, nie ma dbania o detale. Nie mówię, że się nie zdarza, ale jednak, ludzie ubożeją, wiele domów stoi pustych, wykupionych przez bogatych niemieszkających na Wyspie, a cała reszta, biednieje zwyczajnie.

I się starzeje.

Wiecie, oni wszyscy przodownicy pracy przechodzą na emeryturę albo umierają. Sklep po sklepie traci oną starą opowieść i czasem zaczyna nową i tak jest fajno, ale co z tymi, które nie zaczną? Będą straszyć brudnymi szybami? Bo po raz pierwszy mamy takie miejsca w Gudhjem, niewynajęte, puste.

Za drogie.

Niechciane.

Czy bym wynajęła… gdyby mnie było stać, tak. Ale mnie nie stać. Zresztą, komu sztuka jakakolwiek potrzebna, nie oszukujmy się. Jednakowoż, co dalej ósma klaso? No tak napradę? Bo widzicie, kasa jest. Są one dotacje, które to tam dziwni ludzie dostali by wymyśleć jak to rozruszać Wyspę zimą. Nie żeby Ona sama uważała, że potrzebuje rozruszania, bo ono odpoczywanie od nalotu ludziny jest na pewno dla Niej odpoczynkiem, ale wiecie… „Money money money, must be funny…”. No więc jest kasa, są wybrańcy i teraz mają się sypnąć pomysły, bo prom z Sassnitz ma pływać cały rok…

… więc…

No właśnie.

Nawet jeżeli oni ludzie przyjadą, to gdzie będą spali? Co wynajmą? Jaki sklep odiwedzą? Dobra, artyści oczywiście będą w domu, zwykle jesteśmy, choć czasem zimą częściej wychodzimy, bo ludzi mniej, wiecie, takie strachajły z nas… ale „normalne” sklepy są pozamykane i raczej nie sądzę by otwarły się mniejsze hotele, bo koszt ogrzewania, to po prostu koszmar. No i te ceny. Oj. Jak podnoszą ceny na sezon letni i teraz będą podnosić na zimowy…

To ja pierniczę, mrożę se trawę… choć nie, nie trzeba, u nas tam rośnie cały rok, więc jakoś na zieleninie człek może pożuje.

Znaczy pożyje… ekhm.

Nie lubię zaczynania spraw od dupy strony, a tutaj ponownie to robią. I wiecie co, założę się, że dostaną nagrody za swoje dokonania, których… nie będzie. Jak ono Kulinariskø. Rany Julek, ubaw i tyle. Flaga przy stoisku z ziemniakami i już wydarzenie. Nie no, ja robię za Piłata i szoruję paznokietki!!!

W końcu zrobiło się chłodniej!!!

I tak, jest super i wiecie co, oddychać się da i ogólnie baja. Słonko wali co prawda, dałabym wiele, choć nie mam nic, za pochmurniejsze chłodne dni, ale i to niepalenie łyknę! Przynajmniej zrobię to, co muszę… ale nagle… nagle ono niebieskie niebo się zmienia. Nagle nadciągają, czołgają się szaro-stalowe chmury i z białymi rąbkami po bokach coś tam zwiastują. I tak z prawej chmury, z lewej słońce…

I nagle pada…

Dla mnie dziwnie niespodziewanie!

I pada… dobra, pada ino przez chwileczkę, ale jednak. Padało. To, że kilka centymetrów dalej słonko prażyło, to nic to. Niech im będzie, było pochmurnie!!! YAY!!! I tak muszę podlać ogródek. Buahahahahaaaa!!! No i przyciąć żywopłot na przepisowe 2 metry. Bo wiecie, normy są, trzeba się ich trzymać. Na szczęście trawa wyschla i nie rośnie, więc choć to się nad człekiem lituje.

Co ja tam kłamię, przecież Chowaniec przytnie…

Ale ja się będę martwić, coby sobie czegoś nie zrobił!!!

A wiecie, że zamartwianie się dobrze na zdrowotność nie robi. Oj nie!!! Zamartwianie się jest straszne. Koszmarne i pryszcze daje!!! LOL

No nic to.

Chciałeś człeku mieć ogródek, to się teraz cierp. Znaczy martw, czy urośnie, czy jednak przetrwa i przeżyje i będzie rosło i tak dalej. I serio, jak sobie pomyślę ile już tutaj nasadziliśmy drzewek i krzaków, to… wysokie są.

PS. Zapach rozgrzanego tarasu, na który upadają pierwsze krople deszczu jest oszałamiający i przynosi takie wspomnienia, że szok… Kurcze, ciekawe, czy popada więcej, bo wiecie, znowu susza.

Znowu!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.