Pan Tealight i Mikromikrus…

„No więc Mikromikrus był krasnalem, który mieszkał w malutkim łosiowym plecaku noszonym przez Sisiela, Szamana Wiedźmy. Bo przecież tak, ona go miała. Niby sama napierdzielała gadki z duchami tak, że innym włosy łonowe wypadały, ale jednak… porządny szaman, wyglądał lepiej.

Odpowiedzialnie.

Chociaż był małym, owcopodobnym pluszakiem.

Ekhm.

Ale miało być nie o nim. Chociaż, tak by być szczerym, to zawsze w jakiś sposób jest o nim. Czy idą, jadą, jedzą, pierdzą, jakoś tak zawsze, ale… krasnalem z plecaka. Krasnalem, szukającym wciąż swojego przeznaczenia, ale jakoś tak też mu się do niego niezbyt spieszyło, więc… wiecie, zwyczajnie siedział i patrzył. Ale, czy coś takiego w ogóle istnieje? Ino siedzenie i nicnierobienie?

Nie.

Na pewno nie…

… więc coś kombinował. No jak nic coś było na rzeczy. Tylko co? I z kim, tudzież gdzie na przykład? Bo lepiej być przygotowanym przecież, więc Wiedźmy z Pieca koniecznie chciały jakoś z niego wydusić jakiekolwiek tajemnice, ale… no widzicie, nie dawało się. I żeby nie było, wszelkiego rodzaju horrorowe rzeczy wzbudzały w nim tylko nieogiczny chichot, więc postanowiły spróbować przekupstwa.

Ale czym tak małego przekupić?

I jak, coby nie do końca się skapnął, że czegoś chcą, ale też i na tyle otworzył, jak naddarte szwy chirurgiczne… żeby było widać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dookoła…

Pola się zmieniają.

W powietrzu raz żar raz chłodek i człowiek się gubi. Jeszcze to wszystko, co się dzieje, o czym nie chcę jeszcze pisać… AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! Nosz jak człowiek normalny… wróć, co ja o sobie tak kłamię no, człowieka znaczy ja… nie do końca normalny, ale jednak z uczuciami, wiecie, może i nadmierną ilością, więc… ten człowiek nie może serio już tego wszystkiego znieść.

Niby jeszcze coś ponad 3 tygodnie…

Ale jednak.

No ale…

Pola, które tak podziwiałam dopiero chwilę temu. No dobra, tydzień temu, już nie istnieją. A raczej istnieją, tylko się zmieniły. Zmieniły się w oną zielonkawość różnoraką. kwiaty przekwitły, zboża zaczynają żółknąć, a przecież to dopiero początek lipca. A może już początek lipca? Czas pędzi, ale z drugiej strony…

Ja bym już wolała 30tego!!!

Poza polami, drzewami bardziej zielonymi i drogami mocno pylistymi, bo znowu mamy suszę, a i zakazy palenia petów w różnych miejscach, więc uważajcie na siebie!!! Poza tym wszystkim są oczywiście plaże i morza i żeby nie było… sorry miśki, ale u nas wszędzie wolno na golasa!!! A tak, wolno. Jak się okazuje nie tylko na mojej plaży, zwyczajowo uznawanej za nudystycznie wyzwoloną. Nie.

Wszędzie można ogonem machać.

Jak się go ma.

Ekhm… ja nie mam.

Choć w dzisiejszych czasach kto tam może być pewny. Może niektórzy mają takie teleskopowe, czy coś. I wiecie co, obrzydliwie nie mam nic przeciwko temu. A i kąpię się w bawełnie olewając brutalnie modę. Sorry. Gdzieś mam te polireturany czy inne polieastry. Oj nie, bolą mnie, parzą, więc mam koszulkę i gatki do pływania.

Wersja trochę na Amisza.

LOL

No ale…

Poza plażami oczywiście zjechała Turyścizna.

No wiecie, sezon. Dla krajów skandynawskich oznacza to wszelakie podróże z dzieciakami. Ojojojjjj. Jest głośno, jest rodzinnie, no wiecie jak to jest. Pełno ludzia jest na Wyspie, która przez resztę roku jest nader pustawa. Mocno pustawa nawet i wybitnie cudowna w onej naturalnej pustości. Ale…

Ale Wyspa potrzebuje onego Turyściznowego boomu.

Nie oszukujmy się. Z tego podobno są wielkie a może i większe pieniądze, chociaż jeżeli spojrzeć na sklepy, upadające inwestycje i brak kasy na drogi, to nie wiem gdzie one są, ale podobno są, więc… Nie no, pewno, że Turyścizna sporadycznie kupuje cokolwiek od małych ludzików. Od artystów i im podobnych. Oczywiście, że jedzą i piją, oczywiście. No bez tego się nie da, ale… bardzo często też zjeżdżają z takimi zapasami, że po prostu szczena opada.

I jakoś mocno to rozumiem.

Tutaj jest drogo.

Jest drogo zawsze, poza sezonem też.

I tyle.

Nie oszukujmy się, tak już jest. Wydaje się, iż każdy chce zarobić, każdy chce coś dla siebie uszknąć, ale ludzie… ech, ludzie jakoś wolą ino labele. Podejrzewam, iż jeżeli mielibyśmy jakieś Chanele i LuiWitony, to chodziliby tam, a nie do małych, domowych galerii. Bo na co komu sztuka, jeśli można nabyć plakat w IKEA?

No na co?

Po co być wyjątkowym?

No takie niemodne. Ceny nie widać. Ile kto na co wydał nie widać… nic nie widać.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.