Pan Tealight i Wielkie Łowienie…

„Ależ oczywiście, że chodziło o komarzyce!!!

Jedliście kiedyś te udka w słodkim, mszycowym sosie?

Nie… to dobrze, ohydne są!!! Nie dajcie sobie wmówić, że jak nowomodne, to najlepsze i tak dalej. No chyba, że odkopują jakieś fajne rzepisy z przeszłości, to można się skusić, ale tak to nie… bo teraz to nagle ino nowe i reklamowane jest super, a jak cię czegoś od małego uczyli, jak sikania pod prysznicem, to nagle wielce zło i ble, ohyda i tak dalej. A nie, wcale nie, no ale. Czasem lepiej nie gadać…

Ale.

Miało być o komarzycach. No więc one są, jest lato, gryzą i tak dalej, ale są też ONI… Armia Wyemancypowanych Poławiaczy Znikomego. Właśnie przybyli, rozłożyli namioty w kącie Zagrody Jednorożców – jakąś tam umowę z nimi mają, obie strony zadowolone, więc nikt nie chce pytać o szczegóły, ale odgłosy wieczorami bywają dziwnie… zastanwiające. A co do łowów, to wiecie…

Jak się okazuje, wcale nie tylko wieczorem, na migoczące, najlepiej mleczne lub żółtkowe światło. Okazuje się, że one odważne osobniki potrafią wytropić krwiopijne bestyje w ich dziennych miejscówkach i wiecie, ciach ciach… no dobra, niektorzy czasem mają wyrzuty sumienia, wiecie, że to matki dzieciom i tak dalej, więc dzieci do weków, matki w udka i sosik, a reszta na kremy.

Świetne na bóle mięśniowe!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Stacja Zodiak” – … zimno. Czyli oto opowieś perfekcyjna na wrząco gorące dni letnie. Tudzież uderzenia gorąca.

Wiecie…

Problem, jaki miałam z tą powieścią od samego początku jest taki, że nie ma ona głównego bohatera, choć tak wam się wydaje. I nagle, gdy go wam odbierają zaczynacie się gubić i nie jesteście sami przeprowadzić żadnego śledztwa, choć od razu wiecie, że takowego wszystko wymaga. I chcecie kogoś obwinić, ale wszyscy są tak pokręceni, że nie wiadomo czy w ogóle można. I ta narracja się plącze i osób tak wiele. I nagle, kurde wracacie kilka kartek wstecz i nie wiecie, nie rozumiecie…

Czy nie urażacie czyichś uczuć…

No dobra, książka jest napisana dziwnie, ale jest mile zimna.

Jest zaskakująca miejscami, a już zakończenie… hmmm, wali Frankenstainem jak nic!!! Tak naprawdę wiem dlaczego pojawia się ten niby główny bohater, ale… właściwie go nie ptorzeba. Tak dziwnie człek czytając ma wrażenie, że za dużo onych głosów, za mało opinii i jakiejś normalności, ale czy taka jest możliwa w takim miejscu? Jest w tej książce jakaś prawdziwość naukowa, w znaczeniu tego jak naukowców się traktuje, jakie jest to zimne miejsce, ale poza tym…

Nie wiem.

Niby intryguje, ale jednak słaba ta powieść.

Plaża.

Moja ta znajoma.

Wiecie, ze stałym golasem, który kursuje po całej krawędzi morza, z onymi pliszkami siedzącymi na starej, szarej gałęzi dzikiej róży… z białym piaskiem, okazjonalnymi cudami wypłukiwanymi z jakichś tam mrocznych głębin. Bo serio, te wodorosty tutaj są takie inne, takie dziwniejsze, takie po wyschnięciu tworzące niesamowite kształty. Te czarniaweszczególnie, wyglądające jak połamane człowieczki, czy coś ze „Stranger Things”… albo lepiej, połamańce i ludzka stonoga w jednym.

No co…

Do tego ta czysta woda, tutaj najczęściej czysta, bo nie dość, że fale, że kilka głazów, to jeszcze ten piasek i wypłaszczenie po kilkunastu krokach, gdzie możecie pływać nie bojąc się golasów, rekinów czy czego tam. Bo widzicie… plaża tutaj jest dość szeroka i bardzo długa, więc nigdy nie leżycie na kimś… dziś w odleglości kilku kroków, w krzakach leżała starsza para i oczywiście był Pan Golas… Uwielbiam faceta! Nikt tak jak on nie idzie oną linią łączącą wody i suchości z taką pewnością. Gdyby nie to, że niesie coś w ręce, nawet nie zauważyłabym, że jest goły. Serio!!! Opalony chyba dokładnie, na lekko prawie skwarkę, tudziez może bardziej w kolorze onej prażonej cebulki z IKEA…

O tak… cebulka!!!

No więc był on, ale to wiecie, przeszedł i se poszedł, starsi państwo se leżeli, a myśmy zajęli się sobą i tyle. Na chwilę gdzieś tam zza kamienia wychynęła głowa czyjaś. Jakaś babka z dzieckiem, ale chyba wrócili do siebie szybko… nie wiem, ale tutaj u nas najczęściej nie ma żadnych dźwięków poza wodą, wiatrem, piaskiem przesypującym się z kroków, śladów i czasem cichych rozmów, tudzież, wiecie, okrzyków niektórych osobników nagle zderzonych z chłodem wody…

… chociaż już sie ociepliła, serio było super!!!

No więc poza tym…

… cisza.

I ten piasek gorący. I ta woda tak czysta. Nosz kurna, gdzie mają takie lazury, no!? Wiem, że na Hawajach, ale co mnie Hawaje, co mnie jakieś Włochy?! Gdzieś to wszystko mam!!! U mnie najpiękniej!!! Serio very much!!!

I nagle, po tej całej kąpieli i skakaniu w wodzie jak dzieciak człek wychodzi, bo wyrwał się z roboty, wiecie, nadrobi wieczorem, więc ma ze sobą obiad i powinien go zjeść, bo ten obiad juś się podgrzał na słonku…

I nagle…

Nie wiem ile minęło, chwila, moment, dwa kawałki pizzy i garść moich suszonych owocków i nagle pojawiły się fale. Może i dotąd sama woda nie była nadmiernie spokojna, ale tak naprawdę ino lekko pofalowana, może i na powierzchni niebios nie pojawiły się dziwne chmury, ni inne zwiastuny wykopu z głębin, ale nagle…

Nagle pojawiły się fale i wiatr urósł w siłę i jeszcze te wodorosoty, lekko zmaltretowane, lekko sponiewierane, jakby wiele przeszły. Żadne tam brunatnice czy coś w ten deseń, ale one dziwne, połamane człowieczki, ino jeszcze nie zaschnięte.

Dobra, próbowałam się doedukować w ramach wodorostów, alg i innych takich i poza tym, iż wielu używa definicji onych zamiennie, to dowiedziałam się tylko tego, co już wiem, czyli, że moją ulubioną sałatę jeść można. Że w ogóle wszystko to zdrowe i odmładzające i tak dalej. Witaminki, odchudzania, wszelakie mikroelementy. Ale… ale wszelkie przepisy, poza tym jak z wodorostów zrobić dach na Læsø

… pochodzą z Japonii.

Serio, że oni niby tacy czyściejsi?

Ha ha ha!!!

Potrzebuję jakiejś książki i to z obrazkami. Serio, niczego nie potrafię znaleźć w tych internetach. Wiem jedno, na pewno zielona sałata – tak, ona jadalna – dobra jest też w magii, więc zróbcie sobie wianuszek malutki, jak na nią traficie. Poleca się mocno. Ale nie wyrywajcie zbyt wiele. LOL

Malutki wystarczy…

A co do morza?

Fale przyszły, nagle pojawiła się ławica wodorsotów, grzechotały mity i historie z głębin, i zrobiło się inaczej. Niby strasznie, niby pokręcenie, ale jednak, taka ciepła woda, taka czysta poza ławicą, taka, że zasnąć w niej ino i już…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.