Pan Tealight i Filuterny Filantrop…

„No wiecie, w końcu miał kasę, więc tak naprawdę wszystko było mu wolno. Nawet wyrywać Wiedźmę Wronę wielokrotnie spaskudzonymi tekstami… Oczywiście, że w końcu dostał z liścia, ale jakoś dziwnie i pieszczotliwie to przyjął.

Może i zboczeniec?

Ale bogatym wolno więcej, co nie?

Oczywiście, że pojawił się niezaproszony. Kto by zapraszał takiego, który nie ma zamiaru kupić niczego, ino wachlować się kasą i rzucać te zboczone zdania, które same zdają się rumienić na dźwięk jaki wydają. Tudzież na poruszenie, jakie wywołują u tych, co serio nie są z tych niewinnych.

Bo żadne z nich nie było…

Serio, jak można nawet wnosić, iż poza Wnikliwą Niewinnością, która już była nader starenka, a koronka jej rąbka od dawna była pożółkła i poszarpana, ktokolwiek mógłby się poczuć zażenowany tymi uwagi, ale nawet Smok z Komina zrejterował. A jej nigdy o to by nie podejrzewali.

W końcu Mikołaje się zebrały i naprawiły oną przestrzeń, która niegdyś była Filuternym Filantropem. Naprawiły ją z odpowiednimi odgłosami, ciapnięciami, splunięciami, wszelkimi plaskami i głuchymi złamaniami kości… i nawet po sobie posprzątali. Ale wiecie, niesmak pozostał.

I stworzył własny świat.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kolejny tydzień.

Kolejne dni przeleciały zbyt szybko, a może zbyt wolno?

Zapach deszczu na tarasowych płytkach, trochę kurzu, zieloność no i to Sol over Gudhjem. Ekhm… no co, blog się sam nie napisze. Ale ten deszcz, wiecie, taki poranny, niesamowity!!! I jeszcze Midsummer był. Pewno, że tutaj Sct. Hans ważniejszy, w tym roku raczej ogniska i fakele będą, więc może w końcu coś uda mi się nagrać, ale… Nie przepadam za tym czasem.

Nie chodzi o płonącą wiedźmę, choć może chodzi…

A może po prostu…

Nie, nie wiem.

Kocham ogień, uspokaja mnie, uwielbiam płomienie, fascynują mnie. Piromania na pewno gdzieś się we mnie nie tyle tli, co bawi się moimi wnętrznościmia na całego. Ale to. Ten cały świętojański bajer. Pewno, że piosenka i pochód jest super, potem wyżerka i na płomienie popatrzeć można, ale jak z kotem w beczce, czy nie mogliby zmienić odrobinę tej wiedźmy. Serio, tylu polityków, na których można się wyżyć…

Teściową wsadźcie!!

Wiedźmy wciąż są na wyginięciu.

… więc wiecie, w ten dzień się nie bawię. Ale Midsommer to inna sprawa. Wyprawa na pewną, znaną górę, wszelkie miotły, zaklęcia, kwiaty, wianki, bo co… że nie dziewica? A skąd wiecie? Może kurde jestem? No dobra, nie jestem. Nie oszukujmy się. Ale to nie znaczy, że wciąż się jeszcze coś we mnie nie tli.

Ognie płoną.

I to piekielne jak sama Hell!!!

Sol over Gudhjem.

No dobra, to jesteśmy.

Oczywiście, że się spóźniłam na te całe deserowe party, ale resztę mogę opisać. Po pierwsze tłum, po drugie, w końcu przemyśleli to wszystko i rozłożyli imprezę na całej portowej części, zamknęli lepiej ruch itp. Także wszystkie te kapitalne stoiska z jedzeniem wyspowym są tak dobrze zrobione, że człek się już o człeka nie obija.

Znaczy wróć, obija się, ale jednak nie o jedzącego, bo przed niewielkim telebimem są fajne, drewniane ławki i jakoś tak…

No właśnie, kurna, czemu ci ludzie palą!!!

Nienawidzę tego. Robi mi się niedobrze, nie chcę tego wąchać, na dodatek pogoda piękna, niebo błękit, kilka chmurek, słonko, wiaterek maciupki, nosz kurde no… a i psy. Co za idioci wprowadzają psy w tłum!!! Nosz popierdoleńcy telepani no!!! Ludzie, nie dość, że psiaki umęczone, spragnione i wystraszone, to jeszcze te malutkie są kompletnie niewidoczne!!!

A większe ze strachu spokojnie cię użrą.

To psy!!!

Zresztą, co ja mówię, że psy.

Sama chciałam wyrwać łeb z korpusika kopcącej baby, to co się dziwić huskiemu?! Nosz bidulek no, normalne, że szczeknął, jak grupa ludzi go pchnęła… ech… Przebój sezonu?!!! Czekolada!!! Pieruńsko droga, jakieś prawie 200 koron za tabliczkę, ale smak. ja pierdziele. I to czysta czekolada. Po raz pierwzy też jadłam prażone fasolki czekolady. Ja pierdziu, zero goryczki. Jak to babka wyjaśniła, mają dobre beansy. Nawet z podtekstem seksualnym, były genialne!!! Ale nie stać mnie na takie cuda. Zwyczajnie. Mogą być zdrowe, z ekologicznej uprawy na Fidżi, ale palone i gniecione tutaj, wciąż mnie nie stać, zwyczajnie no, wiecie, smakiem się obejdę.

Ale będę go pamiętać.

Były żeberka z grilla, kiełbasy, sery… chleb i coś dla zielone lubiących. Aha, na scenie głównej wciąż coś się działo, ale wiecie… Teraz trwa Kulinariskø. Ciekawe jak to wypali? Nie wiem, się zobaczy.

PS. Wygrał Gabriel Hedlund, z którego Instagrama możecie się dowiedzieć, że nie tylko wygląda bardziej jak paker, ale też rok temu własna mama oddała mu nerkę!
To się nazywa power!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.