Pan Tealight i Pan Sezon…

Pan Sezon, to wiecie… jak Pan Pogoda, był zawsze.

Ciepły czy zimny, leniwy czy pracowity. Sezon na ogórka, truskawkę, sezon na jesień życia, wiosnę, tudzież piekielne pomieszanie… zwyczajnie, naprawdę go to nie obchodziło. Naprawdę. Czy to były warzywa, czy owoce, czy też, wiecie, jakieś zachowania, czas w roku i tym podobne… dawał radę.

Nie wybierał.

Nie pytał o powinności religijne, nie pytał o zmienność humorów i zażywane pastylki, ale, żeby nie było, swój rozum miał. To, że był aż tak bardzo elastyczny, nie znaczyło, że wszystko mu się podobało. Wiecie, no wszelakie wszystko. Chciał, marzył o tym, by naprawdę mieć coś… coś tylko dla siebie.

Ale… nie było mu pisane.

Miał zaspokajać innych. I ich potrzeby. I ich zachcianki. I ich one zboczenia, odrzuty i wszelakie niedomagania. A wiecie, że jest też sezon na alergie, pylenia i tym podobne? Błotne burze, nawałnice… chociaż akurat wiatr lubił, bez urazy. Jakoś tak kochał nawet, jeśli mu podwiewało, jeśli go czyściło… Jakoś było mu z tym lepiej, ale już sezon burzowy czy taka Santa Ana… o nie.

Nie do końca.

Nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najpierw, to chyba samochody.

Serio, to one są największym zwiastunem sezonu. Potem dopiero ludzie. Ludzie stojący, udzie siedzący, ludzie się ruszający, gapiący się w ustrojstwa albo i nawet, choć sporadycznie, w papierowe mapy. Ludzie pędzący na rowerach, a i na tych takich tam deskach świecących, co wciąż mnie rozbawiają. Naprawdę, chyba nawet bardziej niże te wycieczki na segwayach. No bo serio… tak stoisz jak jakiś przypał i trzymasz kijek? Ekhm, serio… czyż to nie za bardzo porąbane?

Seksualnie dziwne?

Ale ci bez patyczków.

Na onych, co to miały być codziennością od czasu „Powrotu do przyszłości”, ale wiecie, się nie stały podobnie jak Jetsonowie… kurde, no serio jeszcze dwadzieścia lat temu człek myślał, iż ona techniczna MYŚL jakoś sprawi, że auta będą składane do walizeczki, a człowiek, no wiecie, będzie jakiś taki wciąż chudy, ale jednak i mało się ruszający i bardziej się leniący… a jednak niebiedny?

Ech…

No ale, zaczęłam od tego, że samochody są zwiastunem sezonu. Nagłym dość. Naprawdę. Jakoś mocno człeka wybudzają z onego samotnego jesienno-zimowego i wczesnowiosennego czasu. Nagle jest ich cała masa. Trzeba czekać, znowu trzeba bardziej uważać, włączyć tryb cywilizowanego sobnika, który to wie, że świat ma wiele ludzi, i że miejsce, które zamieszkuje powiększa się wielokrotnie o liczbę ludzi.

Naprawdę o kilka zer!!!

Tysiące…

Niby ziemia zostaje taka sama, ale jednak… jest ciaśniej. Głośniej i jakoś tak bardziej niebezpiecznie. Nagle w porcie pojawia się jacht pełen burżujowato wyglądających, głośnych i podchmielonych osobników i już wiesz, że w jakiś spsób tracisz Wyspę na lato… jakoś tak. Jakby jej część się chowała, by tylko dopasować się do oczekiwań innych. Jakby naprawdę to na chwilę nie było prawdziwe to, czym ono TO jest.

Tak się wydaje…

A może naprawdę my, ci którzy wybierają Wyspę na swgo boga, matkę i wszelaki dopust zapachów polnych w okresie siań i orań… jesteśmy lekko skrzywieni? Inni? Dłużej gapimy się na ptaki, stoimi na skałach, zbieramy kamienie i patyki i jakoś tak dla nas jest to ona normalność? Nie wiem… ale mam teorie.

Wiele ich mam.

Nie, tutaj nie chodzi o to, że wakacje i Turyścizna to zło. Też czasem jestem Turyyścizną. Może i rzadko, może i mnie nie stać? Ale czasem jestem i sterczę gdzieś i podziwiam coś niczym rozdziw nadzwyczajny. I na pewno popełniam błędy… ale jakoś, ja zachowuję się inaczej. Bez urazy, ale obrzucanie błotem mieszkańców? Serio… ludzie, wiecie chyba, że inni też uczą się języków.

Oni was mogą rozumieć.

I tak, ma prawo im się coś niepodobać!

I jakoś tak mam wrażenie, iż onego głośnego chamstwa jest jakoś więcej. Niezależnie, czy rowerzysta niedoinformowany przejedzie was na drodze, którą winniście wykorzystywać obydwoje, czy też koleś z Kopenhagi w wypasionym aucie. I tak, podług moich badań one auta są zawsze wypasione aż nazbyt. Przecież sami nie chcielibyście by wam do ogródka ktoś właził, rzucał butelką i srał na progu.

A tutaj, dla nas cała Wyspa to taki ogródek.

Na szczęście wciąż jeszcze spotyka się onych ludzi, którzy zwyczajnie wiedzą jak się zachować na drodze, tudzież respektują prawa wszelako zwanego i spisanego ruchu drogowego. Na szczęście. Ale wiecie co? Rozumiem oną południową Europę, która ma dość Turyścizny.

Naprawdę.

Rozumiem, że się wkurzają na zjazdy ludzi, ale przecież to jak z kibicami. Oberwie się i tym niewinnym. Jak to rozwiązać? Może szacunek? A może zwyczajnie już się nie da i wszyscy będziemy się przerzucać swoimi własnymi frustracjami?

Smutkami?

Nie wiem…

Ja będę się starać jak zawsze.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.