Pan Tealight i Żołnierz Nieznany…

„Pukał.

Pan Tealight nawet miał teorię, iż w połowie mógł być dzięciołem… wiecie, różne rzeczy przytrafiają się ludziom w lasach, bardzo różne. A on jak pukał, to nie dość, że wkurzająco, rytmicznie, no i nie tylko w drzwi, to jeszcze na dodatek nie przestawał. Czy pił herbatę, czy jadł ciastka, rzadko, to jednak wciąż mu te palce latały po blatach, nogach, po łyżkach, kieliszkach, no po czym się dało.

Co wydawało dźwięk.

Nosz ile można.

Wiedźma Wrona Pożarta postanowiła ich w ogóle nie odwiedzać przez tego osobnika, który kilka nocy temu zapuka – no ba, jak inaczej – w okno kuchenne i oczywiście został wpuszczony. Bo przecież. To jego stukanie odkryli dopiero po nocy. Jak nikt się nie wyspał winiąc tego z boku, a potem, przy śnaidaniu znowu to usłyszeli… i już nie wiedzili, czy go związać, czy ino zabić.

Ale na dobre.

No i wtedy Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej – podsunął im dobry pomysł. Ten sam, który pozwalał mu wytrwać przy w miarę zdrowych, a może i li ino niepogarszających się, zmysłach… i dał im takie wtyczki do uszu, które uformowane mogły stworzył pewnego rodzaju tłuminiki. Może i by nie przestawał ruszać paluchami, ale wiecie, nie słyszeliby tego…

Spaliby.

Tylko jak mu to założyć… w końcu żołnierz. Wciąż czujny. Wciąż jeszcze gotowy, uzbrojony i tak dalej. No i wtedy Ojeblik – mała, ucięta główka, zrzuciła z Szafy Niepamięci ten wielki wazon, co go nikt nie lubił, a Dżin Pokręcony nie chciał… i życie znowu stało się lżejsze… mocno.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jestem niska.

Nie żeby to było coś nowego, czy w ogóle intrygującego. Nie jest to na pewno dla mnie problemem, wprost obsesyjnie uwielbiam być mała, ale… już jakiś czas temu zauważyłam, że widzę świat inaczej, niż większość ludzi. Że jakoś bardziej zwykle dążę ku ziemi, ku kamieniom, trawom i zaroślom. Jakoś tak spoglądam też w górę częściej, bo ci zwyczjaowo wysocy ludzie zwykle patrzą tylko przed siebie!

Zaskakujące jak to, w jaki sposób stworzyła cię natura, wpływa na twoje postrzeganie świata. I to nie w miejscu oczu, na przykład dając ci nierozróżnialność kolorów, ale właśnie wzrostu. Czyniąc cię lekko krasnalem pośród może nie gignatów.. chociaż czasem, jest taki jeden listonosz, no po prostu, mówię wam, czadowo wygląda, choć zwykle widzę wyłącznie sprzączkę jego paska.

No tak, nie wyżej, nie niżej!!! LOL

… może dlatego tak te kamienie?

… może dlatego tak te roślinki?

Może dlatego moje zdjęcia są inne? No bo są, nie oszukujmy się. Zawsze to inny kąt, zawsze niżej, choć czasem zdarza mi się wspinać i dziwnie balansować na płotach, tudzież głazach, czy innych osobnikach. Za zgodą obopólną.

Bez obawy!

Ale, no jestem niska.

To też oznacza, że dla mnie Wyspa wcale nie jest taka mała. Ale akurat to, jak się przekonałam, w rzeczywistości jest myśleniem wielu mieszkających tutaj. Już po roku czy dwóch nagle zmieniają ci się postrzegania odległości. Kiedyś spędzałaś w tramwaju godzinę by przejechać z jednego końca miasta na drugi, nawet i więcej czasem, i jakoś nie było to wielkie DALEKO… a teraz… teraz daleko oznacza kilka kilometrów.

Nie, nie oznacza to, że ich nie przejdziesz, ale…

Jak idziesz, zbyt natura cię napada i rozprasza.

Wyspa jest piękna.

Tego akurat powtarzać nie trzeba niby, ale jednak wciąż to robię, gdy ludzie pytają sie mnie gdzie mieszkam. W zależności od tego gdzie oni żyją i co widzą dookoła siebie codziennie, wiem co odpowiedzieć. Ale jak wytlumaczyć Wyspę komuś z Singapuru. Po tym jak już człek nawet obejrzy kilka dokumentów poczyta informacje, to wciąż…

Jak wytłumaczyć sprawę rybną?

Sprawę foczą?

Problemy z promami? No dobra, wiem, że milkinguję ten temat w te i wewte, ale wiem, że ci, co byli tutaj jeszcze za czasów Leonory, poczują się przynajmniej zaskoczeni. Mogą też poczuć się zmiażdżeni.

I to dosłownie.

Nawet moja nisokość jakoś czuje się na nowych promach zagrożona. Bardziej przerażona. kompletnie rozbita i dziwnie niezabezpieczona. Ciekawe, kiedy sobie skołuję dmuchaną łódkę, wiecie, tak na wszelki wypadek? Jak najbardziej byłoby to w moim stylu. Nic na to nie poradzę, wolę się zabezpieczyć z wielu stron.

Najlepiej wszystkich.

No dobra, dość tej nisokości, promów…

… zagłębmy się w ciszę, mrok, który w końcu nadszedł po 23ciej. A już niedługo nawet o tej porze będzie wciąż jasno… zapalmy świeczkę, bo tak, bo to hygge i pachnie ładnie… a potem chodźmy spać. Zdmuchując najpierw świeczkę. I może jeszcze plując na knota, znaczy palce, potem knota, no wiecie jak to działa z tym ogniem, zapałkami i całą oną starą szkołą palenia.

Czy teraz ludzie nawet to mają w internecie?

Jest apka na świeczkę wieczorną, jeśli ktoś nie może zasnąć bez migoczącego ogienka?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.