Pan Tealight i Baśń o Wyspie…

„Dawno, dawno temu…

Bo tak się przecież zaczynają takie historie, czyż nie?

No więc ono dawno, wiele powtórzeń słowa, temu, zaczęło się coś pod morską tonią dziać. COś pod głębiną, coś pod powierzchniami niewysławionymi… coś… i ono wielkie i nie do końca wyjaśnione wciąż, tudziez niewymagające wyjaśnienia ono coś, czy też wiecie, coś boskie idealnie, więc kompletnie utyskujące na każdą definiowalność i takie tam, więc… się zaczęło. Zaczęło na całego.

Bo jeżeli już o to chodziło, to nie mogło być inaczej.

Nie mogło być przerw, nie mogły zaistnieć zastanowienia się, zwolnienia, wszelakie planowania, szaleństwa niepewności. Zwyczajnie nie mogły. Nie było na nie miejsca, nie były w planie, po prostu od początku było wiadomo. Bez żadnego przelatujacego Diobła, co to mu się kamyczki znad Norwegii omsknęły, żadnych magiczności poza naturalnymi, wyłącznie z jednym zaklęciem, ale no po prostu ono musiało być, bez niego kompletnie i całkiem nie dało by się…

No nie…

I tak powoli, choć wielu chciałoby powiedzieć, iz w ciągu jednej nocy… jednej z tych tak bardzo jasnych, kiedy to ciemność właściwie nie nastaje, no może na sekund kilka, może na mgnienie oka, może…

Narodziła się.

Całe popierniczeństwo dolepiło się do niej później.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zły las” – … cztery? Ale jak to tylko cztery opowieści? No weźcie no. Oczywiście, że okładka, w ogóle cała stylistyka, rysunek, kreska, środek… spójne, czadowe i magiczne, ale tylko cztery opowieści?

Ale jak to?

No jak to?

Tak wiem, tylko cztery historie, ale jak zwykle świetne. Znajomi bohaterowie, ale jednak trochę inne opowieści, chociaż… chociaż i pierwsza zdaje się być znajomą, kolejna znowu to inna stona tej znanej, następna też, a ostatnia… no nie wiem. Nie żeby to nie było intrygujące, bo książkę się zwyczajnie polyka na jedno posiedzenie, ale…

… ale wydaje się, że autor się nie wysilił.

Smuteczek.

Bo przecież to, czego człek chce, to nie koniec, a ku temu widać seria zmierza, ale coś więcej, więcej początków jakichś. Może nowi bohaterowie? Może znowu więcej Północy, w końcu Autor zdaje się darzyć ją estymą? No nie wiem…

W ogóle będzie więcej?

Obciach za każdy razem.

No wiecie, jednak brudna plaża,czy raczej wątpliwa czystość wody, to mocna sprawa. Tym razem niesamowita Antoinette Strand w Ronne. Nie ukrywam, jedna z moich ulubionych miejscówek niezależnie od pogody. I do kąpania i do spacerowania… oczywiście najlepiej poza sezonem, ale… Ecoli jakoś człowieka zniechęca. I wiecie, wiecie jest w tym wszystkim jedna sprawa. Jedna bardzo ważna sprawa, iż te wszystkie bakcyle oni odkrywają po jakimś czasie. Badań nie robią raczej codziennie, zresztą nawet jeśli, to zawsze jest ta chwila, że mogłeś być w tej wodzie…

Mogłeś!!!

Ostatnie problemy z wodą w Hasle, teraz to, wszelakie i cykliczne szaleństwa jeśli chodzi o wodę na Balce czy Dueodde… kurcze.

Kiła!

No ale… otrząśnijmy się.

Lato za pasem. Turyścizna już nadchodzi. Oczywiście najpierw Niemcy. Ale w końcu, nie ukrywajmy, im to jakoś najłatwiej, najlepiej, najszyciej dotrzeć. I to pożądnym promem, a reszta, reszta to ma problemy. Zresztą i Molslinjen wciąż ma problemy. Wciąż pakują za wiele, wciąż nie udaje im się pływać, wciąż opóźnienia i overbooking, wciąż coś, gdzieś i jakoś… ale przepraszam nigdy.

Raczej: całujcie nas w kadłub.

To co na pewno już jest, to one jasne noce. Oczywiście, że nie jest to tak jak na Północy wielkiej i głębokiej, ale jednak, jest to dziwne. Człowieka rozwala strasznie. Kompletnie nie można się jakoś umieścić w czasie, ale przesrzeń się zgadza, więc wiecie… dzieje się, co nie? Ale do wody wciąż nic z tego. Zimno. Brrr… a jak ja mówię, że zimno, to znacyz, że coś jest na rzeczy. Widzicie, niby czasem słonko świeci i zdaje się być bardo wrząco, ale jak człek wylezie, to nagle kaptur na głowę i zakutanie…

Co to takiego?

Nie wiem.

Może tylko wiatr?

Bo wciąż wieje.

Wieje mocniej, wieje słabiej, a już wiecozrami zimno, brrr. Nie narzekam, te ostatnie lata dość mnie nagrzały, styknie na kilka lat, bez urazy! Ale wiecie, jakoś to dla nas dziwnie. A może człek zwyczajnie zbyt mocno przywykł do bolesności onej wrzącej wiosny i lata? I jesieni nawet?

No nie wiem.

Prawda jest taka, że wiosna wkroczyła już w ten przedletni czas. Zawilce dały ciała, wygryzione z lasow przez czosnek niedźwiedzi, ale za to sam czosnek rozpełzł się po Wyspie mocno i szeroko, silnie i głęboko pewno też. Już kwitnie!!! Ciekawe to wszystko. Woda w morzy kobaltowa z onymi zielonkawymi falami, które robią się od onych chłodnolubnych porostów czy wodorostów, które zdają się neonować spod powierzchni poruszanej, mizianej wiatrem. Na skałach oczywiście wciąż szaleństwa ptasie, więc warto uważać.

Ale tak w ogóle…

… wiecie, pięknie jest.

Drzewa się zazieleniły. niektóe straciły już oną wczesnowiosenną puchowatość. Wszystko jest takie pełne, w końcu horror vacui się człowiekowi jakoś tak uspokaja. Zieleń szaleje, pochyla się ku nam w powiewach wiatru, rytmicznie strzelają czasem gałęzie. Czasem coś człowiekowi smyknie spod nóg i wiemy, że one już tu są. I należy uważać, bo jedne gryzą i są jak najbardziej niebezpiecznie.

Naprawdę uważać.

Co do reszty, to trawy bujne się robią, kleszcze jak najbardziej też są obecne, więc uważajcie i na nie i zakładajcie długie gacie. A co. Lepsze one gacie, niż, wiecie, to, co może się wydarzyć potem, więc…

No ale… sezon nadchodzi!

Właściwie… już tu jest.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.