Pan Tealight i Mrowienie…

„Dziwne uczucie.

Dziwne.

Ni to swędzenie, ni jakieś poruszenie podskórne, czy też może jakieś pasożyty z koszmarów największych… albo wiecie, one miniatury, drążące się podskórnie z „Ósmego pasażera Nostromo”? Wszystko przecież jest możliwe.

Wszystko!!!

Ale czuli je.

Bardzo mocno, bardzo dziwnie i bardzo wkurzająco!

I bardzo niepasująco do tego wszystkiego, onej wiosny, wciąż wczesnej, niezdecydowanej… czasem walącej żarem, czasem znowu tak mrożącej tyłki, że wychodząc na zewnątrz wszystko pod stopami chrupało. Wszystko było zimne, ostre, dziwnie wciąż zimowe, a nie wiosenne, a przecież już prawie maj…

Chyba, że go kurde zwolnili?

Może?

Czy można zwolnić miesiąc z obowiązków? Może i można, w końcu czego nie można, jak się ma kasę i możliwości? A Wszchświat chyba miał to wszystko, czyż nie? No więc, może to jemu się jakoś pokłóciło z Majem, a może Maj wziął urlop dziekański albo wiecie, macierzyński? W końcu to północ. Tutaj każdy może nagle zacząć być odpowiedzialnym rodzicem. Może i on?

No ale… mrowienie raz się nasilało, raz omal milklo dając nadzieję na to, że już nie wróci, a potem znowu, więc starali się przywyknąć. Jakoś tak, zapomnień, nie myśleć, nie pamiętać, jakoś tak… ale jednak, kurcze, no mrowiło. Męczyło i sprawiało, że czuło się dziwniej niż zwykle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarownice nie płoną” – … nie płoną. Żyją. Są. Istnieją. A jednak wciąż okrzyk: „witch, witch, you’re a witch” oznacza coś całkiem niepozytywnego. Złego. Okrutnego…

Jako wiedźma rzuciłam się na oną powieść i przyznaję, że choć spisana oną nowomodą, któa nie dopuszcza dłuższych rozważań i opisów, to jednak wciąga, mota i zaskakuje końcówką, więc serio warto. A o czym to? A o dziewuszce, która nie spłonęła w rodzinnym domu. Wiecie, kiedyś te, które nietonęły, to uznawane były za winne, tutaj tak spogląda się na ono dziecko. Ocaleńca mieszkającego w domu zastępczym. Gdzie ma tylko jedną, współczującą jej duszę. Ale czy na pewno? Czy nowa pracownica opieki odnajdzie w niej prawdę?

A może dziewczynka jest winna?

Jest onym złem wcielonym niczym w filmie z Bridget Jones. Oglądaliście? Chcieli tam dziewuszkę spalić w piecyku i to nie na trzy zdrowaśki, na pewno. „Przypadek 39”! Ha, wiedziałam, że znajdę. Jak nie ogądaliście, to zerknijcie. Też warto, choć jako aktorka Renee to dla mnie tylko Bridget.

No ale.

Oto jest opowieść o małomiasteczkowości, o niewiedzy, o strachu i o czymś nadprzyrodzonym, co istnieje… a może nie.

Warto!!!

Nawet jeżeli wkurzają was one przykrótkie zdania, brak wtopienia się w osobowości bohaterów, wiecie, ona nowoczesność, która tworzy powieści spisane językiem tak prostym, że cep by się uśmiał, to wciąż, nie jest tragicznie.

Spacerek…

Wybrzeżem.

Ludzi masa. Ale przecież, czemu nie? W końcu oni na pewno wykruszą się po drodze, zmęczą i tak dalej, a ci co idą na rekord, to zawsze są, migną tylko i tyle ich będzie. Przetrwam. Da się wytrzymać. Moje lęki dadzą radę. Zresztą, w końcu chyba zaczęła się ta sucha wiosna, więc trzeba wykorzystać. Pierun wie do kiedy da się łazić jakoś tak normalnie. Jakoś tak nieroztapiając się, wiecie…

No dobra, bo to był czas świąt.

Wiecie, ten szok mnogości aut na drogach, ściskiem, tłokiem, pewno dla większości miastowych lekka codzienność i to całkiem skromna, ale dla mnie, po tej zimie, oj szok przeraźliwy. Chciałabym po prostu uciec. Chciałabym zwyczajnie spieprzyć, albo jakoś ich zatrzymać, ale nie da się.

… więc idę.

Tym suchym, ale i lekko już zielonkawym brzegiem. Klifem, który na nasze miary jest wysoki, ale na inne, pewno mikrus. Jednak spadania z niego nie polecam nikomu. Idziemy z Gudhjem na północ, by sprawdzić co się stało. Co zniknęło. Co przybyło. Na szczęście Hestesteneny stoją. Raodcha, mój Piękny Samotny Kapłan też. ścieżka przy Samotnej Skale też wciąż się trzyma, ale jak zawieje, to polecicie, uważajcie… pierwsze zawilce są, są i nawet fiołki przepiękne. Są i trawki i czosnek niedźwiedzi…

Ścieżka kręta, kręci się mocniej i widok pola trochę poraża.

Jest po drodze takie jedno miejsce, gdzie widać je w pełni… suche i martwe. Umęczone i złaknione. Naprawdę wykończone. Zaorane, pewnie zasiane, ale… czy coś z tego będzie? Nie wiem. Boję się.

Martwię się.

Nie mogę tak jakoś normalnie z tym żyć.

Ale idę dalej.

Miejscami droga się zwęża, miejscami jest jej mniej, miejscami są jeszcze cieki wodne, strumyczki, jakieś potoczki, a nawet i maciupkie wodospady. Czy zaraz znikną? Dzięki nim najniższe piętro lesistości się karmi, a i wysoko pąki liści wielkie, więc może da radę? Może się uda? Ale co, jeśli nie będzie padać?

Cała ta lesistość oczywiście została naruszona przez wiatry, więc tu i tam leżą gałęzie i pnie. Niektóre usunięto z drogie, inne znowu nie. Cudowna jest taka dzikość nie macana przez człowieka. Te kępy, te sterty i te wszelakie porastające je bluszcze, zieloniutkie i piękne. Cudownie żywe i żwawe. I człek tak idzie. Idzie i idzie i jakoś tak nie chce mu się nie iść. Bo jakoś tak jest fajnie, z daleka od niczego.

Tak dobrze.

Naprawdę.

I jakoś tak normalniej niż przy tym rąbanym komputerze. Jakoś tak po prostu… zwyczajnie i tak dalej. Jakoś tak…

Docieramy oczywiście do plaży, która ponownie się zmieniła. Więcej na niej kamieni, morze się cofnęło na Salene też. Dziwnie to wszystko wygląda. Ponownie inaczej. Ponownie się coś zmieniło, ponownie… ale jedno jest stałe w tym okresie, czyli oczywiście rybaki. Jednakowoż tym razem włażą dalej, głębiej, no kurna, prawie po szyję ten jeden wlazł pomagając sobie kijaszkiem i zarzuca tam tę swoją wędkę. Zarzuca ją, a ja mogę tylko myśleć o tym, że kurna, jak się przewróci, to łbem w kamień walnie i nikt nie zdąży do niego doleźc, bo to trudne.

Te kamienie, głazy, śliskie to…

Będzie po nim…

A co do rzeki, to wiecie, rzeka istnieje, ale raczej jako jeziorko.

I tyle.

A teraz do domu na jajko! Aaaa… Jeszcze National Geographic podobno o nas pisze. Wiecie, tacyśmy sławni, że hej!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.