Pan Tealight i Król Jednej Pary…

„Bo jak się chce być królem, jak się marzy o tym, jak… przecież wszyscy pierniczą wciąż i dookoła o spełnianiu marzeń i pragnień, zapominając, że inni znowu chcą wątróbki całkiem ludzkiej, a temu odpowiadają ino świeże zwłoki, więc dostawy winne być często. Bardzo często…

A on tylko królem być chciał.

Widzicie, te wszelakie, durnowate teksty z pastelowymi literkami, mówiące wam, że możecie wszystko, a wam się płucka w chrzanowym sosie marzą… świadczą o jednym i jedynym, że ludzie kompletnie nie myślą. Ale on myślał. I nie, nie zachciało się mu być królem z ich – tekstów powodu, zwyczajnie, tak od początku, od zawsze wiedział, że nie tylko chce, ale winien nim być… a może i już jest?

Z pomocą oczywiście przyszła mu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która ostatnio po pewnej lekturze miała co do facetow kiepskie podejście, no i tak przysiadła na progu, na chwilę krótką, bo pizgało niemiłosiernie, a wiatry wszelakie bardzo chciały wtłoczyć w nią i swoje opowieści, więc schowała się we względnie Podziemiach Sklepiku… i dorwała kłęby wysuszonej trawy, tej z długimi korzeniami i wiecie, skręciła warkocze, powiązała kończyny, tchnęła życia drobinę, tak, by była wola i bezwola, i wsadziła mu je do kieszeni…

I tym samym dała mu całe królestwo.

Bo gdy się pojawili poddani, to i zaczęli się mnożyć i już nie było jednej pary, choć tytuł sobie zachował, mitycznie działając… To i w kieszeniach stworzyło się miasto i trzy wioski, a nawet opozycja, co go bardzo wzruszły…

Bo kto ci może powiedzieć, iż wykluczonym jest noszenie swego własnego królestwa w kieszenie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wichura, sztorm…

Wyspa odcięta od świata.

Nic nie płynie, nic nie lata, po prostu nic i nikt się nie rusza. Nie no, oczywiście, że ludziska do pracy pojechali, ale ci, co pracaują w domu cieszą się, że nie muszą wychodzić. Jak rzadko deszcz wali nie tylko w dach, ale i w szyby. To ten dziwny kąt, gdy wiatr nie sprawia, że łeb pęka, ale coś się w środku porusza.

Coś dziwnego, coś znajomego, ale i coś nowego.

Nowe słowa, nowe historie, nowe opowieści.

Niesamowite, inne, dopiero co narodzone, jeszcze z pępowiną telepiącą się dookoła nóżek. Może odmienne, ale jednak jakże intrygujące. Z jednej strony przerażające, bo przecież nowe, a nowe zawsze znaczy coś nieznanego i coś całkiem zniewalającego i strachowego, ale z drugiej strony… ono podświadome coś tętnienie w duszy sprawia, że nowego się pragnie.

Jakoś tak.

No ale… wieje…

Dom się trzęsie, ale w rzeczywistości, przecież to nie pierwszy raz. Przecież znamy już wiatr, wiemy, że nie da się pobawić porozwieszanymi wszędzie doniczkami. Nie możemy ich mieć. Nie możemy mieć bardzo lekkich rzeczy na zewnątrz i ogólnie mówiąc, lepiej to, co na zewnątrz, mieć bardzo ciężkie i masywne. Bo wiatr na Wyspie uwielbia każdy czas. Zima nie oznacza, że tak strasznie go więcej.

Naprawdę…

Cóż jest takiego w wietrze, że boimy się go, ale też i dziwnie spokojniej, gdy go można usłyszeć? Gdy jakoś tak wieje, duje i porusza niewidzianym na zewnątrz. Gdy jakoś tak wszystko na zewnątrz jest ruchome?

Nie wiem, ale lepiej czuję się z wiatrem na zewnątrz.

Cisza mnie przeraża.

Ale tylko ta cisza bezwietrzności. Nie cisza, która odcina ludzi, samochody, młoty pneumatyczne… nie, ale właśnie ta cisza bez powietrza poruszanego, tańczącego, pląsającego, powietrza, które szaleje. Powietrza, czyż nie? Bo czym innym jest wiatr jak nie siłą onych cząsteczek?

No czym?

Szum fal, szum drzew, wietrzne pląsy na dachówkach, nie umiem bez tego żyć. Nie umiem zasnąć, nie potrafię oddychać normalnie. Naprawdę. Nie wiem, co w tym jest, ale zwyczajnie, nie potrafię. Bez dźwięku? Bez natury? Bo przecież, to o to chodzi. Wyspa, to wciąż moc natury, to cisza poza sezonem, to ona cudowna nuda, dla innych, bo przecież tak to widzi wielu z was. Nie ma sklepów, nie ma zabawek, nie ma imprez, nie ma… wiele nie ma, a nie widzicie co jest. I przez to, niestety, świat tutaj niszczy to, co ma. To, co jest najpiękniejsze, najbardziej niesamowite, najbardziej…

Wkurza mnie to.

Nie oszukujmy się, Wyspa ma naturę, więc powinna jej pilnować, a nie tylko o tym gadać – w wymiarze politycznym. Może warto zastanowić się nad tymi odwiedzającymi, którzy własnie to doceniają i nie robić z nich wariatów? Bo jakoś w świecie ci, co nie szukają drogich torebek, zdają mi się ostatnio piętnowani. Ci, którym wystarczą drzewa i skały i morze nie do końca ciepłe i jeszcze…

To jak to jest?

Jak u was z wiatrami?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.