Pan Tealight i Pęknięty Globus…

„Ale chodzi o to, że on taki już był!!!

Nie, że ktoś mu to zrobił tu i teraz. Znaczy pewnie i zrobił, ale nikt z tych tutaj i nie po przybyciu, zwyczajnie on pojawił się już taki, nie inny. Chociaż może i miałbyć właśnie taki inny? Może o to chodziło? Może był to jakiś performens, czy coś? Wyzwanie, do nieklejenia się i tak dalej… a co się stało, no wpadł w sidła Ojeblika – małej, uciętej główki i od razu łóżeczko, herbatka, bandażyki…

I plasterek z Hello Kitty.

I polazła gotować klej, bo wiecie, nie ma to jak domowy klej, receptura pradawna i trzymająca przez wieki i tak dalej. Na początku dookoła zrobionego mu szybko w jadalni posłania tliło się od osobików wszelakich, ale jak mijały godziny to się ludzie i mniej ludzie wykruszali. Tym coś kipiało, tym coś rosło, tym coś zbierało, a tamtym zwyczajnie się nudziło, więc nikt nie zauważył, kiedy Pęknięty Globus zniknął. Takk bez słowa, bez pozostawionej skorupki, zrzucając bandaże, składając je jednak w kosteczkę, podobnie kocyki, kołderki, nawet poduszeczkę strzepnął znikając okrąg swej globusowatości, zachowując tylko ten plasterek, bo zwyczajnie mu się podobał, a miejsce, które zakrywał było tym, które lubił najmniej, więc…

Zniknął.

Nie pozostawił istu ni zapachu unoszącego się w powietrzu, choć to może i lepiej, no i tak jakby go nie było, tylko ten bulgoczący klej i wspomnienia, które już blakły, świadczyły o czymś innym… i jaki w ogóle był tego sens?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Krokusy i inne.

Wiosna.

Ciepło, wylazły przebiśniegi i krokusy, ale… wciąż fosycja milczy, inne rośliny i trawy też. W nocy jakoś chłodniej, w dzień krótki rękaw. A jednak, jakoś tak dziwnie. Jakby coś szeptało, że coś się szykuje, jakby coś krzyczało, niesłyszalnie, że coś jakoś nie tak jest, że przecież zima w lutym zwykle, a tutaj co…

Sucho.

Nie no, pewno że kwiatki ślicznie wyłażą z suchej trawy, ale jednak dziwnie niepokojąco spoglądają w morze. Pochylają się ku ziemi, gdy wiatr wieje, a wieje często i łby urywa, a jednak morze płaskie… nie no, na pewno z drugiej strony fale, ale jednak, w powietrzu dziwna niepewność.

Strach nawet…

Oj oczywiście, że mam to do siebie, że potrafię mocno paranoidować, ale jednak, zawsze mam rację. Rąbana Mamracja ze mnie, żeby nie było, bezczelny cytat i zapożyczenie to!!! Nie ja wymyśliłam Mamrację!!! A szkoda, bo tekst super. Jednak, ciekawe kto z was wie skąd, podpowiem, z jakiej książki, ona Mamracja? Starej książki?! No kto? Może jednak? Jakieś rączki w górze? Może? A może nie… zresztą, ci co takie książki czytali, to blogów nie tykają.

Chyba?

No ale, poza wiosną kilka ranników i oczywiście przebiśniegi. Poza tym nic więcej. I tak serio, to nie wiem, czy coś jeszcze wylezie. Bo jak tak dalej będzie słonko waliło, to raczej nie. Człeka goni w ogródek, ale jak tu coś plewić, jeżeli to wszystko ma przecież wznieść się spod ziemi i zakwitnąć.

No przecież…

Ale jednak dookoła Melsted kwitnie się.

Może i trawa miejscami kompletnie wypalona, ale ziemia ocieplona pragnie wydawać ono życie i oczywiście się jej to udaje. Tylko że… może lepiej było poczekać? A może przyroda nie potrafi czekać? Choć spoglądając na gałązki i drzewka, to raczej chyba się w tej mierze mylę. Bo pączki może są, ale ni kija nie liścieją.

Nie kwietną się…

Siedzi człek na zewnątrz, i trochę się telepiąc, wyciąga to, co zeschnięte z ziemi i myśli sobie, że czas, to chyba serio chce udowodnić, że zapierdalać może bardziej, niż zwykle. Naprawdę. Bo przecież już ten koszmarny marzec. Nie wiem skąd, jak i po czemu, ale przybył był już. Trochę zakatarzony, trochę zmanipulowany, urodzinwy, nadszedł. Trochę bez fajerwerków, z kilkoma pewno trzęsieniami ziemi, czy co tam się na świecie poza Wyspą dzieje…

… nadszedł.

Bo wiecie, to co poza Wyspą, to jednak całkowita, kompletna orientność. Wiecie, świat wielki i te pe i te ce. W mityczne, wielkie de też. Czasem mi się wydaje, że naprawdę można się tutaj tak zamknąć, tak zatoczyć i otoczyć, że to co poza tym małym skrawkiem lądu na Morzu Bałtyckim staje się wielkim wszystkim i tyle. Bo co więcej potrzeba? No, poza kilkoma rzeczami ze sklepów wysyłkowych i tyle. Nic więcej, nieprawdaż? Nic. Kompletnie. Choć… może nie każdemu. Bo znowu przekonuję się o tym, że mimo morza, plaż, zieleni i kwiatów, to ludziom, którym się wydawało, że znaleźli sobie tutaj własny raj, jakoś nie wychodzi…

Czy jestem aż taką desperatką?

A może dziwaczką?

Wariatem do entej potęgi?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.