Pan Tealight i Macana Panna…

„No ale właściwie, dlaczego właśnie to miało takie znaczenie?

Dlaczego?

Przecież dla tych co jej chcieli nie miało, dla tych co nie chcieli nie winno mieć znaczenia, a dla całej reszty – znajdźcie sobie inny temat. To, że ona macana niczego nie znaczy. W końcu kto z nas nie jest. Przypomnijcie sobie te zatłoczone pociągi, tramwaje i autobusy, te kolejki, spocone ciała w letniej porze, w czasach, gdy klimatyzacja była marzeniem, albo promocje w znanych sklepach… jak ten z kieckami ślubnymi! Tam nawet do rękoczynów przecież dochodzi, a Macana Panna nigdy nie powiedziała kto, kiedy, no i przede wszystkim gdzie, dlaczego i czy jej się to podobało…

Bo jeśli podobało, to o co ten cały szum?

I dlaczego w tak sztormowy dzień?!!

I tak naprawdę, może to ona zaczęła? Wiecie, tu jej się wysmyknął włosek, tam znowu paluszek, kolanko, łokieć caly, nagli, lekko obsiąpiony, pewno brak witaminy B, czy coś? Praca dziwna? Wysmyknęła się i rączka? No przecież… i właściwie, to dlaczego o tym cały czas gada, czyśby chodziło o jakieś naukowe badania? Może tak, bo pojawiła się u boku Pana Tealighta, zbyt blisko, gdy przechadzał się w lesie i nie chciała się odczepić. Nie żeby doszło do macania, ale dla niego to już było gwałcenie jego przestrzeni. I to brutalne, dodatkowo bez zabezpiecznenia!!!

Bał się…

Bał się, gdy wracał do domu, gdy zamykał drzwi, gdy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I po plaży…

Droga ze Snogebæku plażą jest nietrudna, pełna drzew, domków i wody oczywiście. I piasku, no przecież, ale bez boja, nie jest grząsko. Piasek zwykle jest bardziej zbity, mniej latający, mięciutki oczywiście, aksamitny, ale jednak nie zasysający. Po prawej domeczki zagubione między pokręcoymi koronami sosen i brzóz oraz wysokich traw. Podmyte brzegi świadczą tylko o wysokości fal i częstotliwości zmienności brzegu, ale… poza tym wszystko takie jakieś puste.

Mija mnie jeden, może dwa człowieki, nic ponad to.

Nawet piesów nie ma.

Leciutki, wodorostowy aromat unosi się w powietrzu. Woda jednak, płyciutka tutaj, czysta poza kilkoma kupami. Bo wiadomo. Te już poczuły pewno wiosnę. Jak to ptaki, nie mają w glowie nic poza jajami. A człowiek lezie. Lezie i lezie. Tutaj dopada go aromat starych liści, tam zoczył jakiegoś przyjezdnego, co to szykuje sobie już domek na sezon, a może i na ferie? Albo na święta? Może akurat? Nie wiadomo… okna pucują, pranie się suszy, takie oto lekkie podglądactwo, ale bez dziwactw.

Idziemy i idziemy i woda zmienia się w kamienną mozaikę.

Prawie równiutkie głazy wyrysowane w jakieś czarowne znaki. Może gdyby tak unieść się w powietrzu zobaczyłabym rysunki jak na płaskowyżu Nazca? Może tak naprawdę Pradawni coś tutaj wypisali? A może jednak to tyko natura i jej sztuczki. Do tego jeszcze ona zielonkawość… a w oddali dwóch facetów w gumowych wdziankach macza kije w lekkiej nerwowości. Chyba się o coś pokłócili, chyba jednak coś tam im nie wyszło, a może jeden drugiemu miejsce moczenia zabrał? Nie wiem, ale wyglądało jakby mieli się pobić, a jednak… stoją tam.

Jak ich złapie rekin, fajno będzie.

Może sprawiedliwie będzie gryzł?

Właściwie nie mam pojęcia jak to jest?

Czy to już Dueodde, czy jednak nie?

A może części tej ogromnej kocie kuwety, czy też raczej potem patelni, znaczy wiecie, wrzącym latem to tutaj morze najszybciej się gotuje… mają swoje imiona, nazwy, czy też po prostu nadane przez pojedyncze osoby określenia? Może są tutaj tajemnice, których nie odkryłam? A może… nikogo to nie obchodzi. Ni tych ludzi z kolorowych domków ni skłóconych gości z patykami w wodzie, ni… nikogo.

Przy złamanej sośnie człowiek się odwraca i nagle z tyłu ma osadę i molo, i całą oną barwność, a przed sobą nic. Przez chwilę wąski cypelek zasłania mu dalszą drogę i wydaje się, że wszystko jest za nim. Że to koniec. Że nic już się nie stanie, że ziemia jest płaska i tutaj właśnie wody spadają w otchłań, a żółw się rusza!!! LOL

No co?!!!

Za chwilę świat znowu się otworzy, ale ta kępa drzew jest niesamowita. Jest tutaj, jest tylko punktem widzenia, ale jednak…

Idziemy dalej, a przed nami słońce i piasek i woda. Kilka osób gdzieś tam na słonecznym, wypalającym spojówki horyzoncie. Trawy na wydmach się kołyszą tutaj mocniej, nagle znowu wrca wiatr, jakbyśmy przeszli jakąś granicę, odsunęli welon zmienności, jakby to był inny wymiar tego świata, który przecież znamy.

Bo przecież znamy, prawda?

Może wciąż się zmienia, ale to wciąż Wyspa.

Wciąż?

Tak trudno wrócić z tego płaskiego, ale jednak jakże magicznego miesjca. Chce się wrócić, bo wieje, zatoki tętnią bólem, ale przecież jak? Tak tu fajnie, te rzeźby na piasku, te maciupkie kamyczki, czasem jakaś muszelka, wodorosty, kolory, załamania, odbicia na twardawej powierzchni takie pastelowe.

Cudowne…

Ale trzeba wracać. Trzeba… dom też czeka. Ale przecież wrócimy. Przecież zawsze wracamy. Przecież, to jak inny wymiar nas samych.

Przecież…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.