Pan Tealight i Murawa…

„No dobra, to była anomalia, że ich nagle wzięło na sportowość.

Nie żeby anomalie w tym miejscu były czymś dziwnym, niecodziennym i tak dalej, właściwie nie. Brak anomalii oznaczał zachwianie normalności względnej onego ekosystemu…

Naprawdę.

To znaczy Wiedźma Wrona Pożarta podejrzewała, że Pan Tealight w sekrecie próbował wzmocnić swą nieistniejącą masę mięśniową od dawna, ale wynik był mierny, albo raczej żaden, jednak piłka?

Serio?

I że niby jak to miało zadziałać w miejscu, w którym każdy raczej miał własną, nader silną osobowość, własne schorzenia i inne elementy wyrazistości codziennej, miał latać za jedną piłką? I to jeszcze w niezmieniającym się kolorze? No wiecie, tak w wyznaczonych ramach boiska i na onej murawie… czy raczej Murawie? Bo widzicie, to, co pojawiło się tuż obok Wybiegu Jednorożców, wyglądało dziwnie humanoidalnie. Aczkolwiek wielce płasko, choć rozwlekle i włochato, ale jednak.

No i miało usta.

Ale jakoś to wszystko było niczym w obliczu postaci Pana Tealighta w spodenkach takich przed kolanko, białych w paseczki lekko więzienne… i jeszcze ta koszulka. Może i słonko wylazło, wiosna pierońska już się spojawiła, zakrokusiła, zaprzebiśniegowała Wyspę, ale jednak… serio?

Co się dzieje?

Naprawdę będzie meczyk?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Snogebeak

Ale najpierw wieści z Nexø… tia, wszędzie te Polaki LOL Tym razem będzie kawiarnia. No, coś w ten deseń, ale jak wysiądziecie z Żygolota, to będzie tak wiecie, no akurat. Jak znalazł na nawodnienie.

A teraz spacerek!

A co… pogoda dziwna.

Temperatury dochodzą czasem do 10 stopni, ale tak naprawdę zimno jak pierun! Wiatr wieje, wszystko jakoś tak nie grzeje. Nienormalność. To nie jest tak jak kiedyś wcześniejsza wiosna, tylko zwyczajowa anomalia. Przerażająca mocno. Jakoś taka… wiecie, nienormalność, w której człek dopatruje się ciemnych mocy i rozumie praprzodków wymyślających nowych bogów, wiedźmy ścigających i ofiary składających… i w amok popadających. Choć to się nie zmieniło.

Po prostu rozumie.

Ale też korzysta.

Korzysta ze słońca, karmi się, chcociaż ona nowa jasność mi osobiście działa na nerwy, to jednak jakoś… no potrzebna nam ta witamina D. A i morze takie fajne. Ale najpierw sama wioska. Bo Snogebæk to specyficzne miejsce. Właściwie, nie mam pojęcia, czy w ogóle ktoś tutaj mieszka tak na full. Znaczy all year round. Codziennie zasypia i budzi się. W końcu sklep jest, więc może? Widziałam kobietę z wielkim psem, nosz kurna gigantycznym wprost… dopiero po hwili dotarło do mnie, że to rąbany kucyk pony. Znaczy no wiecie, źrebak kucyka, więc ni pies ni wydra z daleka, ale jednak ciekawe jak to jest tak wychodzić z kucykiem na spacer?

Jak z żyrafą w Afryce?

Czy jednak słoniem?

No ale… wszystko tutaj jest płaskie, to pierwsza rzecz, która mnie zaszokowała. Widzicie, zakochałam się w Wyspie tak naprawdę znając tylko jej północną część, nie jak inni. Większość ludzi zaczyna poznawanie Wyspy od Dueodde, więc na pewno jest inaczej. Ja nie. Dla mnie ważne były skały, górki, lasy, całe to zamieszanie fauny i flory. Te krętasy wybrzeża, ta różnorodność, plażą przy Rønne. Nie Dueodde. Tak naprawdę dopiero niedawno przeszliśmy tamten kawałek wybrzeża.

Inny.

Dziwny…

Ale miasto.

Nie dość, że płasko, to jeszcze na dodatek dość rozlegle.

Nowoczesne sommerhusy konstatują swoje moce z tymi starymi domkami, a nawet bardzo starymi, pozostałościami po gaardach, li tudzież jakichś tam niewielkich gospodarstwach. Nowe dziarsko wypiera stare, ale nie do końca. Łatwo można coś kupić, ale rotacja posesji jest nad podziw częsta. Czyżby wszystkich z czasem wypędzał smrodek? Naprawdę? No przecież chyba ludzie wiedzą, że tutaj smrodliwie czasem jest bardziej, a czasem mniej bardziej.

Taka woda.

Płytka, no i w tym okresie pełna kup ptasich. Ujawniająca cudowną mozaikę kamiennego podłoża, czarująca czystością, kolorami, ale jednak one kupy… niby zwyczajność, przecież na skałach ptaki, no ale… człek trochę się wzdraga. Oczywiście łatwo znaleźć miejsce, które ptaki omijają, ale czy warto w nim moczyć kija? Podobno to bardzo odświeża i ogólnie mówiąc naprawdę działa jak joga i medytacja w jednym.

No nie wiem… wieje.

Ale miasto.

Ciągle gubię wątek.

Niegdyś były tutaj inne skepy, niegdyś niektórych sklepów nie było. Wiekuista rotacja mnie trochę przeraża, ale ja jestem dziwna. W jedną stronę idziesz już Balka, widok na Nexø, w drugą stronę idziesz i iść możesz daleko. Ale w samym mieście też warto się porozglądać po onej architekturze po pewnych dziwacznościach, sztuce i tym podobnych elementach wystroju miejsca. Jest nabrzeże i te kolorwe chatki, kościółek czy raczej kapliczka obok malowane, cycate mermaidy i takie tam… Ale te domy. Gdy człek włazi na stronę nieruchomości wyspowych, tych na sprzedaż oczywiście, to zajrzeć może sobie do środka i tam dopiero jest raj dla zwolenników niekonwencjonalnego wystroju wnętrz. Na przykład taka wanna, a nad nią cycata mozaika w ramach falistego morza… no i pewnej laski z ogonem.

Chętni na taki domek?

Mnie nie stać, zresztą, chcę mieszkać tam, gdzie mniej płasko!

Ale na razie spacer.

W końcu domy, architektura i całe te szaleństwa mi nie wystarczą. Ja chcę smrodku wodorostowego, szumu fal i może tym razem nieprzewianych zatok? Byłabym wdzięczna bardzo.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.