Pan Tealight i Babcia Wilka…

„Bo widzicie, Wilk też miał Babcię.

I też miał koszyczek i misję, by ją wykarmić i wysłuchać, i ogólnie mówiąc naprawdę ją kochał, ale Czerwony Kapturek była białą blond dziewczynką, więc to o niej pisali. Jebani rasiści. Że wilk szarawy, to już co, nieczysta krew? Że nazbyt wlochaty, ale brody nie ma i styl drwala nie dla niego, no chyba że w potrawce, czy czymś w ten deseń? Że to źle, czy jakoś tak?

A by was…

Nigdy nie umiecie patrzeć empatycznie i holistycznie.

Nigdy!

Płaczecie nad małą antylopką, ale głodne lwiątka jakoś was już nie obchodzą, co? Ani Babcia Wilka. Bo przecież, jak jakiegoś wilka, to wilka sama ona też tak. Znaczy złapala wilka, no i wiecie, od słowa do słowa… bo tak, była człowiekiem. Ale i trchę wilkiem, choć mimo bycia jedną z najstarszych zmiennokształtnych, to wiecie, ona jakoś się nie zmieniała. I tutaj może by uzyskała jakąś zniżkę od społeczeństwa dla wymarłych stworzeń, gatunków ostatecznych, tudzież psychicznych osobików, którym to się wydaje, że ktoś porasta włosiem… ale już do depilatora i kremiku na bolącą skórkę oraz żyletek się nie dołożą, co nie? No i tych wpadek, gdy się zastanawiasz, gdzie też mogą być twoje gacie, a sąsiedzi właśnie postanowili zrobić imprezę i grillują w ogródku… a wy stoicie robiąc za żonę Lota.

Kiepsko.

Ale Babcia od zawsze była twarda.

I od zawsze miała coś na Babcię Czerwonego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No powiem wam, pogoda dziwna.

W nocy mrozowo często, a w dzień właściwie pierniczona wiosna. Do 10 stopni, słonko i takie tam melodie. Jakoś chyba świat od połowy lutego mocno się zagubił. I choć zwiastują jakieś oziębienie i takie tam, to mało kto w to wierzy. Ludzie chyba serio planują już wakacje i wszelakie sezony. Okna myte, koce trzepane, czy co tam… forsycje jednak wciąż zwinięte w sobie i nie chcą wyłazić. Krokusy lekko wychylają się spod grubej poduszki trawno-mszanej, ale tak bez entuzjazmu…

I tylko ludzie chyba tak ku tej wiośnie.

Ech, co za czasy.

Wieczorami w wietrznych powiewach słychać dziwne pieśni, zaśpiewy z łodzi, które od dawna nie istnieją. Rozbite o skaliste brzegi, zatopione przez mityczne potwory, baśniowo nieuwzględnione w tej rzeczywistości. Jakieś takie dziwne ni to pieśni ni śpiewajki, czy tylko nucenia. Może i modlitwy? Kurcze, gdyby tak się wsłuchać bardziej, to moze i o to chodzi… o te czasy, gdy to podobno z powodu religii Dania smutnym światem była? Hmmm… czyżby rzeczywiście ona nieszczęśliwość była ino sprawą religijną? Naprawdę? Jakoś nie sądzę.

Może jednak to tylko sprawa antydepresantów?

Albo depresantów, co kto bierze.

A może i innych używek?

Coś się na wodzie i z wodą dzieje. Jakby nie do końca była pewna, czy być tutaj, czy jednak nie. Pozostać dookoła Wyspy, czy też odsłonić ją do końca, do samego dołu, niezbyt uprzejmie i grzecznie wiecie… nieobyczajnie tak ukazać jej wszystkie nagie dolności. Tajemnicze, pełne skrywanych skarbów.

No co no…

Człowiek pośród takich wiatrów trochę słabuje na umyśle. A może nie słabuje? Może w końcu znowu staje się normalny?

Taki, jaki winien być?

Bo przecież w miejscach, które bardziej są przyrodą niż konsumpcjonizmem, to człowiek powraca do korzeni. A może w rzeczywistości od tych korzeni nigdy nie odchodzi, tylko wiecie, coś mu się zmienia tam nad nimi i zapomina by ich słuchać też. Też trochę częściej jednak, a nie tak, że raz na ruski rok? Może nie tracimy kontaktu z otoczeniem, tylko ów kontakt się zmienia, bo otoczenie nagle nam wywija fikołka i musimy radzić sobie z uszami w miejscu, w którym wcześniej były nasze tyłki?

Świat jest naprawdę prosty.

Ty strzelasz, coś może zmienić tor lotu kuli, a wiatr sprawia, że serio mocno cię telepie i zmienia i zmusza, by w ciągu jednego dnia dokonać drastycznych zmian w swoim, dotychczasowo dość zwyczajnym, życiu. Albo wprost odwrotnie. Wiecie, nigdy nie wiadomo co się komu tam wypełni nagle. Jednym ogarek, innym koszyk Czerwonego Kapturka, co to miał być dla Babci, ale ta z tym Wilkiem w tango poszła, więc głupio tak ją teraz glutenem i winem napajać, wiecie… jeszcze człek ich zaskoczy w dość jednoznacznej sytuacji, a kto może coś takiego znieść?

No sami pomyślcie, taka Babcia i ten Wilk…

Ha ha ha…

Naprawdę, takie są wiatry na Wyspie.

Ale o czym to ja? Aaaa… słonko mamy i pogodę ciepławą w ciągu dnia, więc co jak co, ale spacery wskazane! Chyba, że wam jak mi zatoki wysiadają, to wtedy niezbyt i nie do końca. Naprawdę.

Ała!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.