Pan Tealight i PMS Spowiadający…

„No wiecie, to przecież logiczne, czyż nie?

On był jedyną, często, łagodzącą ustrojowością, którą można było wykorzystać nie tylko wtedy, gdy przez przypadek kogoś zaciukaliście… w końcu nie tylko to było złe. Mogliście na przykład zjeść czerwone mięso, czy śmieciowe jedzenie, cukier biały, jakiś tam, no wiecie, ten straszny gluten, czy coś… a to podobno gorzej.

I niebycie weganem… co kogo cieszy, czyż nie? Co komu pozwala innych poniżyć. Bo niby, że oni tacy głupsi, niecywilizowani.

Niestelewizorowani.

On był i wiedział i nie zadzierał nosa.

Znał swoją moc, ale jednocześnie, dziwnie, było mu trochę szkoda onych dziwnych istot, które tak doświadczał, więc przynajmniej to im robił. Ubóstwił się, przygotował, przeszedł wszelakie stopnie aż do najcięższej aureolki, ale takiej, którą jednak nad głową trzymają ci inni, więc… miał, co jak co, papiery na wszystko. I na spowiadanie, wybaczenie wiekuiste oraz poklepanie po głowie tak, że fryzura nie cierpiała.

Nie miał konfesjonału, przychodził wieczorem, gdy nie wiedziałaś, dlaczego nagle w twoich rękach znalazła się patelnia, a chrapiący, choć i słodko wyglądający, mąż dziwnie jest spokojnym, rytmicznym w swych tonach. A ty tam stałaś wzdęta, nadmuchana, nawodniona, dziwnie obleśna z oną ciężką, nie że jakiś teflon czy coś, nie, stara i dobra, jeszcze druciarzem jadąca, idealna, po prostu szczyt wiekuiście najlepszej techniki… i on jest. Piękny, niczym te świątki, anioły z obrzeczków ździebko przekolorowanych pastelowo, gładki, a jednak chce z tobą rozmawiać, możesz i zdzielić jego, w końcu wiesz, że męża wciąż kochasz, no ale…

A on podaje ci coś, coś, co uspokaja, nagle unieruchamia i usypia, wyjmuje patelnię, kładzie ją z powrotem… wymazuje myśli… Nie przypomnicie sobie o nim, ale on tu jest, był, będzie… zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I nie ma ludzi.

I jest wiatr.

I już nawet ice cream truck…

… kurcze, jak to przetłumaczyć? Wózek lodziarza? Polska język, brutalnie dwuznaczna język, czyż nie? No więc… chodzi mi oczywiście o ono śliczne, błękitne autko z naklejkami… nie dzwoni już. A dokładniej dzwoni ino raz jak staje 0 widzicie, mówiłam coś o dwuznaczności i tutaj ją macie, no aż wali po gałach, kurcze!!! Nie wolno mu już dzwonić, bo straszy zwierzątka. I jakkolwiek sama zwierzątka karmię i kudlam psy na plaży – nie moje i za ich przyzwoleniem – to jakoś nie rozumiem. Jako osoba obdarzona, w dupę, bez mojej zgody – masą chorób psychicznych, stanów lękowych i tak dalej – też podskakiwałam na podłodze słysząc ten dzwoneczek i muzyczkę. Do tego mam wyobraźnię, więc wiecie, od razu widzę wszystkie sceny z horrorów, albo sama je plotę i…

I tak wciąż chcę żeby to autko tutaj jeździło!!!

No ludzie, co się z wami dzieje?

To nie bombardowania!!! Nagle przez zwierzątka nic już nie można, nawet pierdnąć bardziej? Tosz biedne mewy mają dość waszych wrzasków i śpiewów i smrodliwych wyziewów, ale w ich obronie nikt nie stanie, co nie? Bo to tylko mewy!!! Nic rasowego? A wrony? Te byście wybili… jeden wprost mi napisał, że ich nienawidzi, więc nienawidzi i mnie. I jak najbardziej to szanuję. Masz gościu prawo do onej nienawiści, ale do strzelania do mnie czy ptaszków nie. Za to ja mam prawo na plaskacza skierowanego w twój wielki kichol, bo po pierwsze też mam wielki kichol i mogę powiedzieć WIELKI, a po drugie, zwyczajnie PMS ze wszystkiego mnie odpuka w konfesjonale. Ino się spotkajmy jak będę w nastroju, bo inaczej psychiczność sprawi, że spierdolę i konfrontacji nie będzie. I to serio za nic… Naprawdę!

Nawet prochy nie pomogą!!!

Ale było o wietrze…

Znowu wieje.

Znowu ciepło.

Znowu… nie wiadomo co. Przebiśniegi wyłażą, ale ranniki nie. Pewno dla nich bidokow za ciepło. Nie wiem co o tym myśleć. Czy będzie jeszcze jakaś zima, czy jednak nie? Czy mamy szansę na mrozy, czy nie? Bo wiecie, ja tęsknię i tyle. Bardzo i to bardzo tęsknię za tym wszystkim!!!

Zimnym i białym.

A na razie pooglądam sobie fotki innych jęczących w mediach wszelako aspołecznościowych. Że niby zima, że niby wiosna i tak dalej. Jakby wszystko nie mogło być na jakimś miejscu. Kobiety gdzie chcą, faceci, gdzie kobiety chcą i tak dalej. A co… taka jestem pokiereszowana i tyle!!! Mocno!!! Tak w ogóle, to u nas poza wiatrem lekka cisza. Morze znowu się cofnęło.

Szarość objęła nas na tydzień.

Znowu.

Czasem popada deszcz, czasem przewalą się chmury. Oczy wpatrzone w iebo widzą one wszelkie kolory brudności jasnej, szarości i stalowosci. I jeszcze czasowej bieli ale nic poza tym. CI czasem za nimi jest ten jasny krąg, który chyba zwą słońcem, ale chwilowo nie chcę w nie wierzyć. Bo w szarości mi dobrze, naprawdę. Po prostu. Mogę bezkarnie przeglądać domy wystawione na sprzedaż u nas. Wiecie, człek cały czas marzy i dopnie swego. W cholerę kibinimater i na Matkę Wyspę!!! Ma mi się udać. Już nie musi, już nie mam nadziei, ale zwyczajnie kurna się mi należy!!!

… i już!!!

A domki są intrygujące.

Problem w tym, że drogie, no i nie do końca w tym miejscu, które ja wybrałam na swoje życie. Wiecie, takie już na zawsze.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.