Pan Tealight i Mikstura…

„No po pierwsze trzeba czasem coś ugotować, czyż nie?

Czasem nawet trzeba coś zjeść, niekoniecznie to, co się ugotowało, bo raczej zbyt wielu zbyt bardzo wierzy w swoje umiejętności, których nie ma, naprawdę ich nie ma, więc… warto czasem coś zamówić, kogoś zamówić, zakochać się w kimś, kto potrafi karmić, albo wiecie, chociaż wie skąd wziąć żarcie. Albo lepiej, ma knajpę jakąś, czy chociaż winiarnię, wiecie, niektórzy wolą dietę nie tyle pudełkową, co kompletnie i totalnie płynną. Lepiej wchodzi i łatwiej wychodzi.

Logiczne…

Ale czasem, nawet ten niezbyt lubiący gotowanie, nawet ten nieznoszący zmywania, wszelkich kuchennych utensyliów, dziwnej mokrości, zapachów, krojenia i szatkowania, parności, wrzenia i palenia… jakoś tak czuje w kościach, czy co tam ma w środku, że no musi. Musi po prostu coś…

… ugotować.

I Pan Tealight to poczuł.

Poczuł to w całym swoim stalowo-szarym ciele i postanowił zwątpić we wcześniej złożone sobie i znajmymy obietnice i przygotować pewną miksturę. Przesmaczną. Przedobrą. I wszelako przetrudną…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Echo morderstwa” – … nie. Po prostu, jakoś no nie. I nie chodzi tylko o to, że od początku wiadomo kto jest mordercą. Nie chodzi tylko o płytką narrację, przewidywalność i kompletne rżnięcie wszelakich mitów kryminalnych…

A może chodzi?

Książka jest nudna.

Wiesz co będzie, jak będzie, a pewne rzeczy są tak logiczne, że gdy zostają zaplątane wkurzasz się. A już najbardziej wpienia cię główna bohaterka. totalnie nieskomplikowana dziennikarka z fotografem, który mógłby być intrygujący, gdyby nie był klonem tych wszystkich innych fotografów.

To nawet nie jest czytadło!

Czytadła przynajmniej są jakieś zajmujące, a ta powieść jest zwyczajnie zbędna. Kompletnie i totalnie niepotrzebna.

Zbędna w tym świecie.

Jeśli już przeczytaliście jakieś kryminały wyda się wam tak bardzo płytką, że poślizgniecie się na oblodzeniu, które ją pokrywa!

Nie polecam.

Śnieg…

Tak, śnieg spadł. Znaczy wiecie, nie że jakieś zamiecie i takie tam, ale ładna warstewka. Bardziej przypominająca może grubą kaszę czy sól morską, ale jednak, biało się zrobiło. A potem… się okazało, że spadło, ale tylko dookoła mnie, więc… więc co mam o tym myśleć? Ekhm? LOL

… więc nie myślę, tylko korzystam.

Kasza nie kasza, białe jest i nawet słońce zdecydowało się wzejść, więc co robią wariaci? Biorą aparat i lecą jakby się paliło i waliło, żeby złapać ono światło. Mityczne światło. Dziwne… prawie apokaliptyczne, a jednak i miękkie, gdy wszystko się zaczyna. Gdy niebo styka się z wodą tak, że trudno rozrysować gdzie góra, gdzie dół. Że nie da się, po prostu nie można ich rozdzielić.

Kompletnie nie można.

Ale jest śnieg. Dopiero później się dowiem, że kończy się kilometr od naszej Chatki, tak naprawdę. Może i gdzieś tam jeszcze na Północy nas są jakieś plamy, ale kogo to obchodzi, przecież nie miało go być, przecież naprawdę to cud jakiś, magiczyństwo jedne, tudzież inne wiedźmostwo.

Musowo!!!

… więc korzystam.

I męczę się.

I zimno mi, ale to takie fajne uczucie. I wszystko nagle zaczyna się podświetlać. Wszystko nagle się zmienia. Wszystko zyskuje inność narzuconą, ale czy upragnioną? A może one, prześwitujące przez śnieżną pokrywę wcale tego wszystkiego nie chcą? Onego przeistaczania się, odznaczania…

I wszystko było normalne.

No dobra, może nie do końca, bo wschód był tak łagodny, tak pastelowy i całkowicie dziwnie zamglony, ale i ostry jednocześnie i nagle…

… niebo pękło.

Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Mocne, ostre słońce wyzierające z gwieździstego spęknięcia. Jasne, oślepiające, ale i jednocześnie karmiące. Jak nic ci, który widzieli to przed wiekami doznawali na pewno oświecenia, mocy magicznych, boskich wizji i zostawali pustelnikami olewając wszystko i wszystkich.

Słońce…

… z jednej strony rzadkość, z drugiej, przecież nic nowego. Przecież to się zdarza, ale jednak tym razem to było inne. Tak bardzo, wibitnie tymczasowe i bardzo skore do przebicia człowieka jakąś racą. Jak nic. Albo może i nie. Może naprawdę był to uśmiech wszystkich bogów razem wziętych?

Kto to tam wie?

Może ostrzeżenie?

Aż chciało się wleźć w oną wodę, czystą taką, pójść do tych kamieni ośnieżonych, wystających ponad spokojną toń, do światła i gdzieś tam, po drodze do Szwecji, choć krzywo trochę, ale jednak, może dojdę… zatonąć. Jakoś tak. Atawistycznie. pierwotnie tak mega, że inaczej nie można. A wszystko przez światło, dziurę w niebie, niebieskości, granaty i fiolety, mroczność rozstępującą się przed światłością… kurna, jak to było jakieś Zwiastowanie znowu, to zwątpiłam.

Naprawdę!!!

No ale…

Było, skończyło się. Słońce odeszło, wrażenie zniknęło, ale wcześniej pojawił się pies, golden, który mnie bezczelnie wykorzystał. Wiecie, tu mnie głaskaj, teraz tu, łapy w górę, a jak się zmęczyłaś kobieto, to ja idę sobie, jeszcze tylko siku zrobię, wiesz i cześć. Dobrze głaszczesz!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.