Pan Tealight i Światy Nie Do Końcarównoległe…

Końcarównoległe… tak, istniały takie światy.

Ale też i takie, wiecie Nie Do… bo niektóre naprawdę, naprawdę jakoś nie mogły się zdecydować.

I okay, wolno być niezdecydowanym.

Nawet jeśli się jej światem i właściwie jest się ino paletą dla wszelakich żyć i takich tam wypadków codziennych. Wiecie, dla onych przyród, bytów i wielkich oraz mniejszych ich marzeń. Ale Końcarównoległe to świate, które nie chciały, buntowały się i ogólnie mówiąc miały gdzieś bycie czymś, co współpracuje…

A co…

Przecież jak zmusić świat, że był pasującym do innego świata, a jeszcze równolegleidący? Serio? No jak tak można? No jak? Naprawdę? Przecież promować należy wszelaką różnorodność. A nie jakieś pierdoły, że wszyscy tak samo, czy coś… ale z drugiej strony wiecie, z tymi światłami było tak wszystko nie do końca.

No wiecie, jak nazwa wskazywała.

A to oznaczało, że kombinowały mocno na boku! I to tym gorszym, bardziej pokrętnym i boczkowym boku.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i jedziemy dalej…

Bo widzicie, w Malmö fajne rzeczy też są i przez chwilę człek się zastanawia czy nie zostać. Zobaczyć tutaj świetlistość po raz drugi, ale… no nie, nie może tak. Obiecał sobie coś nowego przecież. Co roku coś nowego właśnie w tym świątecznym czasie, więc nie możemy tutaj zostać. Przed nami kilka godzin jazdy i wielka misja.

By znaleźć stenbuka!

Bo mam nowego fioła!

Stenbuk co roku! No co? Każdy ma swoje zboczenia. Moje nie jest wielkie, więc… a może jednak chodzi o to, że rogacz? No wiecie, mam te ciągoty ku wszelkim rogaczom. Łosie to must, do tego koziorożce, renifery, wszelkie niełanie, znaczy się no wiecie tam, jednoroczniaki, wieloroczniaki, na rykowisku jelenie… ja po prostu nie mogę. Bo to jak drzewa na najdostojniejszych łbach.

Ale najbardziej polarne misie i wrony szare…

… ale z drugiej strony, czy nie można kilku rodzajów kochać równomiernie? Może nie można? Może można? Na razie ważne to, by zdobyć jednego… i jak się okazuje, wcale nie jest to łatwe. Na szczęście zatrzymujemy się w jakiejś wiosce, małym miasteczku, czy czymś tam, no wiecie siku i jest tam taki sklep, który znamy i jest w nim ktoś do naszej kolekcji i… nagle wpadamy w ramiona tego wszystkiego… oną kompletną pełność zapachów, kształtów, po prostu chce się wszystko. Ale z drugiej strony po co mi wszystko? Wcześniej zajrzeliśmy do Lund, przez przypadek, wyjazd z Malmö to trudna sprawa, więc jak już źle człek skręcił, to chciał zajrzeć w pewne miejsce i mu nie wyszło, bo miejsce niby otwarte, ale zamknięte, więc się wkurzył i nagle wpadł do sklepu z herbatą… takiego jak drzewiej bywało…

Wiecie, te liście, te kubeczki, te dodatki i te MUMINKI!!!

Tak, kolejne zboczenie.

No ale…

Wciąż nie dojechaliśmy. A jak już, to się okazało, że piekielny Göteborg jest na maksa rozkopany, nawigacja o tym nie wie, a na dodatek jest CIEMNO!!! Naprawdę koszmar. Pewno, że fajniej by było gdyby człowiek gdzieś zaparkował, bo przecież już i tak go potrącili za wjazd – tak, tutaj płaci się za wszystko!!! – ale nie ma czasu. Bo musimy dotrzeć na nocleg, a ten mamy w dziwnym miejscu, ale najpierw światełka…

No właśnie.

Im bardziej na północ tym mniej choinek i ozdobionych domów.

Tym mniej świeczników w oknach, tym smutniej, ciemniej, dziwniej! Naprawdę strasznie. Dołująco. Ale docieramy do miasta, które jak się okazuje ma kapitalny park rozrywki z gigantyczną choinką/stożkiem i kołem! Niebieskim! Kobaltowym!!! Ale nie mam czasu by zwiedzić Liseberg. Po prostu nie mam… najbardziej dlatego, że nie wiem jak w tym śmietniku ulic znaleźć do niego drogę. To chyba koszmar, więc wychodzimy poszukać świateł i znajdujemy je, ale tylko w dwóch miejscach. Dziwne to. Światła piękne, niebieskie mosty, czerwone alejki, oświetlony dom i budynek, który możecie na dłuższą chwilę ozdobić własnym zdjęciem…

… bajer!!!

Jeden sklep, bo przecież u nas jest nic… drugiego sklepu nie ma, potem ktoś rzucił mi w łeb kamieniem ze schodów, nie wiem czemu i już wiem, że chyba będzie dziwnie. Nie tak. Nie do końca. Ale walić to, nie żałuję!!! Latamy po mieście, ale czas dostać się do hotelu… który jest na wyspie. I w ten sposób po trudach, w bólach, lądujemy na kolejnym promie i pojawiamy się na Hönö, potem most i jesteśmy na Ökerö. Hotel… cóż, okazuje się, że w ośrodku jesteśmy tylko my, widok mamy na oną stożkowatą choinkę, pięknie jest, ale wiecie, przecież to na chwilę…

Poranek zbyt wczesny, rzucamy okiem na Hälsö, a potem wracamy i z Hönö do Göteborga. Na dzienny objazd. Koszmar!!! Każdy kibel płatny. Ludzie, toż to wariactwo!!! W niektórych miejscach dominujący język to arabski i serio koleś parkujący pod McDonaldsem sprzedawał dragi!!!

Kurna, gdzie ja jestem!!!

Uciekamy.

Nie oszukujmy się, zwialiśmy stamtąd ale zobaczyliśmy jeszcze Malmö nocą, wzbogacone w te zabezpieczenia antyterrorystyczne. Piękne, ale też już tych światełek mniej niż kilka lat temu. Tęsknię za Simrishamn. Może tam wciąż świątecznie mocno? Może ludzie tacy jak kiedyś, milsi jacyś takoś…

Może?

Na szczęście w drodze powrotnej nie wiało aż tak…

Gdzie za rok?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.