Pan Tealight i Wielki Gnój…

„Gigantyczny nawet…

Wiecie, taki dobrze uformowany, z malutkimi wypustkami, z rzędem oczu, czy raczej ocząt? Spoglądających na wszystko i wszystkich z każdego kąta, boczku, górki i dołku… zmiękczający, poruszający, zaskakująco intrygujący, może i upragniony, a jednak, kurcze… no wciąż Gnój.

Ino Wielki.

Może więc dlatego tak bardzo onieśmielający, nawet zniewalający, przerażający, gdy pomyśli się o nim wieczorem jesiennym… Bo wiecie, Wielki Gnój to przecież bóstwo niepotrzebujące wyznawców i pochwał, czołobitności wszelakiej czy darów nawet. Tak wielu jest jego akolitami, awatarami nawet, że się opędzić od nich nie może, więc uciekł… uciekł na Wyspę i zaszył się w podziemiach Sklepiku z Niepotrzebnymi. Tak po prostu, może i bezczelnie.

Jakby wiedział, że tylko oni naprawdę zrozumieją…

Ale oni nie do końca zrozumieli, a potem Ojeblik – mała, ucięta główka, wcieliła w życie swój plan i coś się w nim zmieniło. Żadnej gnojowatości, ino zwykły, rumiany facet zbliżony gabarytami i wystrojem czaszki do Mikołajów Wszelakich, więc… co teraz z ludzkim gnojostwem? Czyżby teraz miał zmienić swoją specyfikację? Specyficzność and OOAK? Stać się… innym?

Naprawdę?

Ale jak poradzą sobie ludzie?

Pewno świetnie. W tym, w onym gnojostwie wszelakim, jakoś ostatnio są najlepsi. Niczym przodownicy pracy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brzoskwiniowo-różowa poświata…

Ostatnio pojawia się gdzieś ponad horyzontem, za linią drzew, za polem, oświetlając wiatrak… no taki widok z okna mam. Pojawia się i wisi. Smacznie wygląda z tą szarą chmurą nad chatką i lekką szarą grafitowością pomiędzy tymi dwoma żywiołami. Bo jakoś zdają się, są namacalne. Żywe bardzo.

Nie ma jeszcze tych wieczornych kolorów, pożarów nieba, ale jednak czasem można coś zobaczyć. Coś intrygującego, coś niesamowitego, coś… innego. Porwane chmurki, takie, jakich używa się w tych niesamowitych zdjęciach, które powalają wszystkich, a które tak naprawdę nie zaistniały w rzeczywistości, ale wiecie, magia fotoszkopa działa. I ludzie jakoś w to wierzą nie wiedząc, że takie coś zdarza się w naturze. Naprawdę. Widziałam to… z lekko zaróżowionym, jakby zawstydzonym nieboskłonem i zniebieściałą szarością na krawędziach onego zawstydzenia i onymi chmurkami, podświetlonymi słońcem, którego już nie widać.

Które udało się na drugą stronę Wyspy.

Które zaraz zniknie.

Wieczory listopadowe są niesamowite. Krótkie, migają, trzeba je przyłapać, czatować na nie niemal, ale jednak są. Podobnie jak wschody słońca. Uwielbiam właśnie te jesienne wschody słońca. Późne, prawie już wczesnozimowe, więc… więc staram się nimi nacieszyć, gdy są. Ale jakoś ostatnio ich mało.

Czy to za sprawą tej dziwnej, ciepłej pogody, czy jednak suszy ciągłej, czy może zieleni wciąż na drzewach, albo już gołych niektórych gałęzi? Nie wiem. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale na pewno mnie to przeraża.

Bardzo.

Ach, no tak, ciepło znowu jest.

Lekki wiaterek, liście na ziemi. W większości spalone, a rzeką można sobie na spacer iść. Naprawdę. Pewno, że widoki piękne, dół kolorowy, góra dziwnie wiosenna lub naga, i jakoś tak, dziwnie. Niby piękna jesień, ale sucho. Nic nie pęcznieje, nic nie nabiera sił przed zimą. Nic… Jakby nic już nie miało wzrosnąć za te kilka miesięcy. Bo przecież tak to sobie działa.

Woda potrzebna rok cały!

Przyroda wydaje się być taka zagubiona i przerażona. Z jednej strony człek wie, ze starsza i mądrzejsza od niego, ale przecież to nie znaczy, że się nie boi. Że coś tam jej nie leży, że nie czuje, prawda? Bo przecież takie coś, to na pewno nic dziwnego dla natury, ale jednak, może miała nadzieję na to, że już tak nie będzie.

Tak bardzo źle.

Tak, dziwnie.

Tak boleśnie? Wiecie… może miała?

Mrok oczywiście zapada już w okolicach 15tej. Oczywiście, wciąż jasno, ale już słońce się chowa po tej naszej stronie, już dziwnie, ciężko w powietrzu. Jakoś szarościowo. Jakby nagle taka czarniawa firanka, kręta hafciarska sztuczka opadała na Wyspę. Jakby coś nas przywalało. Jakby coś bardzo uniemożliwiało oddychanie… coś, ale i nicość jednocześnie. Jakby… no wiecie, jakby coś. Ono uczucie, przez które chcecie kupić świeczki i zrobić zupę albo ciasto.

Albo… w końcu zeżreć gęsty sos z pieczenią.

No… co kto lubi!

Fajny czas. Gdyby tylko nie te przymusowe internety. No wiecie, to przymuszanie siebie samego do roboty…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.