Pan Tealight i Halloween…

„Dynia ją tak w pośladek…

No pewnie, że one podobno nie gryzą, ale ludzie poszaleli z nożami, tutorialami i całym tym szajsem, więc… stało się.

Urąbała ją i to na mokro!!!

Nie no, wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta w znaczeniu wszelakich intymności to była na tak, ale wiecie, jednak nie tak z każdym. Co jak co, ale wierna była tym sprawom wyłącznie z jednym osobnikiem, bo co do dotykania, to jednak nie, nic z tego. Z nikim innym, tylko z Chowańcem. Inni, to od razu gwałt i tarapaty. A co dopiero pieruńskie warzywo! I to jeszcze skurczyca pomarańczowa.

Czy gdyby ugryzło ją jabłko byłoby inaczej?

Nie wiadomo…

Ale nie ugryzło.

No gdzie by śmiało. Mądrzejsze od rąbanej, pełnej pustki, pianki i dziwnych nasion bańki. I to jeszcze takiej, wiecie, rzezanej ręką człowieczą. Zbeszczeszczonej. Co to się dała człowiekowi dotknąć i zmienić… Frankenstein przy niej, to po prostu idealna tożsamość własna i niemacana. Przynajmniej się nie toczył i nie łasił, a już gdy efekty ujrzał, to nie urąbał pierwszej dupy, co to się natknęła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Halloween i Gudhjem!!!

Jak zwykle wcześniej.

I choć najpierw pogoda zdawała się rozpieszczać Turyściznę, to wiecie… potem wsio się zrobiło jak zwykle. Ale nadal nie pada. I wcale nie jest to dobra wiadmość, niestety. Nadal susza. Zdychające drzewa karmiące się tylko rosą. W końcu temperatury, które nie przesadzają, w końcu jakoś jesiennie…

Gdy człek się wybiera na dziwny spacer, taki wzdłuż szosy, to jakoś takie dziwy spotyka. dostępne wyłącznie dla zmotoryzowanych i oczywiście bywających na onych głównych drogach, na przykład traktor z przyczepą i stosem dyń. Ekologicznych! Na poboczu pogrupowały się te pomarańczowe, niewielkie, ale przecudne. Niektóre mają zielonkawe plamki, inne znowu zrezygnowały z makijażu. Wszystkie za to podobno słodkie, jak napis głosi, wszystkie do kupienia, najlepiej jeśli macie duńską płatnościowość telefoniczną… ale da się też gotóweczką.

Wiecie, po staremu.

Właściwie słychać jak dynia przez dynię się nawołują, kłócą i reklamują. Ta nie chce stać obok tej, tamta ma coś do zielonej, a te znowu chcą jak najszybciej być umyte i wydrążone. Bo wiecie, dynie ekologiczne są obłocone, więc… więc trzeba się nimi zająć. I to dobrze najlepiej.

W jakiejś zupie, czy czymś?

Na zielonej trawie, lekko wilgotnej, trwa też dyskusja na temat marek i kolorów mijających je samochodów. Bo wiecie, dynie to dumne warzywa, które niekoniecznie chcą do białego auta. Naprawdę nie podchodzi im kolorystycznie. Wolą niebieskości i zielenie. A już czerwień, to ma u nich zniżkę!

Dwie w cenie jednej.

Ciekawe, czy sprzedawca o tym wie?

Obok, na sporej przyczepie tylko poszum…

Tutaj leżą, w wielkiej ilości, ale dziwnie nawet się nie dotykając, te dziwne dynie. Te pokręcone.

One artystyczne.

Te wybitne.

A przynajmniej one tak uważają.

Ciekawe, co sądzą o nich dynie z Gudhjem. Porozkładane po całym mieście. Pogrupowane w porcie? Ciekawe? Bo przecież niby się nie znają, ale może? Może niektóre wiecie, wywodzą się od onej magicznej dyni?

Tej karocowej, wiecie…

Ludzie się do nich lepią.

Ci chcą ciąć, ci jeszcze na to niegotowi… a czas biegnie i zaraz będzie po wszystkim. A skąpe słonko i pogoda wzmagająca potrzebę szalików i kurtek… hmmm, trudno tak się na nią przerzucić z dnia na dzień. Wczoraj pływałeś sobie w porcie, dziś zamarzasz. No, jakoś tak i tyle. Nie masz na to wpływu. Po prostu. Zwyczajnie. Chociaż, może masz. Sadź drzewa!!! To pomaga… w wielu rzeczach. W naturze, w tobie samym, oraz oczywiście w pięknie wszelakim.

Wewnętrznym i zewnętrznym.

Ale… dynie z przyczepy.

Wcale o nich nie zapomniałam, oj nie. Nie dałyby mi. Bo one są zachwycające. Są niesamowite. Są zaskakująco różnorodne. Jeszcze jeżeli one egzotyczne, wiecie, kremowe takie z brzuszkami i główkami są mi znajome, to te takie patisonowate, ale w granatach i nasyconych czerwieniach oraz burgundach, to już po prostu czyste szaleństwo. Są piękne. Aż powalająco niesamowite. Chce się je oprawić w ramki i zatrzymać na zawsze. Żadnego gotowania!!!

Żadnego przetwarzania ni drążenia, wyłącznie dzieła sztuki.

Ale nie stać mnie na to…

Szkoda.

Przecież ja nawet nie lubię dyni… ale może tylko tych pomarańczowych? Może mam problem wyłącznie z kolorem?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.