Pan Tealight i Potworności…

„Właściwie, to dlatego to całe Halloween?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która uwielbiała kurhany, grobowce, pola cmentarne i wszelkiego rodzaju cmentarzyska… która uwielbiała przebywać z tymi umartymi na amen, ale tymi, którzy jej nie ranili wyłącznie, naprawdę nie pojmowała uwielbienia świata dla czegoś zwanego Halloween. No serio… te dzieci łażące po domach? Domagające się słodyczy? Nosz kurna chata! Wiedźma se sama kupić nie ma za co, a obsługiwać innych gówniaki ma? No niedoczekanie wasze… won ofiary bogom i wszelkim przodkom składać, a nie dla siebie.

Tosz przecież to chamstwo, tak za życia to robić!

Serio!!!

No sami pomyślcie. Jeszcze gdyby przyszedł do was duch, czy kościuch jakiś, to można zrozumieć, ale to? Przecież no umarłym obiatę złożyć należy. Dary jakieś Bogom Zapomnianym, no ale żywym? Ekhm… przecież to nie ma sensu. Wspominanym umarłym, tym, którzy wciąż jeszcze w pamięci, a potem… no widzicie, to po prostu jest nielogiczne! A Wiedźma Wrona Pożarta lubiła logiczność.

Bardzo.

Może i nawet kochała… w przeciwieństwie do dzieci. Do tych czuła ostatnio ino wkurwa. Omijała jak najdalej, a one i tak raczyły ją swoimi bakcylami i wirusami. Widać wiecie, lubiły ją czy coś?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i kolejny tydzień.

Znowu piątek, sobota… i tak dalej. Że też nie da się tego zatrzymać choć na chwilę, wiecie, by popatrzeć na spadające liście i poczytać książkę? Dlaczego? W końcu popatrzeć na korę, jak ślicznie się marszczy, jaka jest poznaczona przez pajęczyny połyskujące w świetle dziwnego, jesiennego słońca. A potem uciec, bo nagle świat się rozpadał. Ale leciutko tylko, wiecie, nic wielkiego, nic…

Wyjść na spacer, zapatrzyć się na te chmury, które w końcu sprawiają, że niebo nie jest już nudną niebieskością, ale całą mieszaniną odcieni i barw. Szczególnie jeśli wybierzecie się do miasta. Wiecie, szukać tego tam Halloweena. Nie żeby mi zależało, ale czasem mają takie zabawne rzeczy, że człek w końcu rozumie jak udekorować sobie chatę. Taki szkielet w szafie zamiast płaszczyka, to też po prostu najlepsza inspiracja dietetyczna! Może lepiej wyglądałby w lodówce, jest i taki zestaw. Ale prawda taka, że jeśli czegoś chcecie, na przykład najdzie was na imprezę straszącą, to nie rozwiniecie się nadmiernie. Aczkolwiek w Tigerze są sztuczne kaktusy. Słodkie kubki kaktusowe i takie tam. Pozostałości po lamowej serii i maski i jeszcze wszelakie dodatki bardziej podchodzące pod Dia de los Muertos niż zamerykanizowane szaleństwo, no ale… nabyłam sobie gościa wyskakującego z pudełka.

Bo tak…

Żeby się uśmiechnąć choć raz, choć na chwilę…

Są wszelkie dziwactwa zwykle nikomu niepotrzebne, są i takie, które mogą się przydać. Są, co najważniejsze, ceny, które nie przerażają i lampka w kształcie siedzącego jednorożca, co się świeci. Ekhm… no wiem. W Netto to co rok temu, w zwykłych sklepach właściwie nic. Upadek wszystkiego rozpoczęty kilka lat temu… postępuje.

Niby z jednej strony normale… no przecież to małe miejsce, mały wiat, ale chcieliście tych turystów rok cały, więc zabawiajcie ich! Dynie porozstawiane w wielkich pudłach nie krzyczą: weź mnie!!! Tak serio, to czy w ogóle ktokolwiek je jeszcze rzeza? A w ogóle, czy zjada? Bo ja nie gustuję.

Wolę kalafior, wiecie, ale bez świeczki!!!

Przeskakując do drugiego sklepu w stolycy, czyli wiecie… Søstrene Grene – człek wątpi już w one wszelakie straszenia i czy kogokolwiek to obchodzi. Nie no, pewno, że mają słodkie rzeczy, ale jednak, kurcze, jednak z tych straszących ino pojedyncze naklejki, zawieszki i kule z duszkami, które przypominają twory bagienne pokryte trądem czy poparzone przez mutanckie pokrzywy. No naprawdę!!! Ale jeśli marzy się wam jakiś handmade, to musicie tam zajrzeć. W końcu sklepik w Hasle nie jest jedynym dla takich, ekhm… ręcznych robótek wszelakich.

LOL

No ale… weekend.

Człek odbębnił w piątkowy wieczór pogoń po sklepach, bo to rzeczywista pogoń jak kończycie robotę późno i możecie w końcu zwyczajnie wrócić do domu. No przecież sklepy otwarte ino do wczesnego popołudnia w sobotę nie wygonią was z łóżka… Akurat przestało wieczorem padać i chmury przeszły same siebie. Wyglądając jak podarte rajstopy, wiecie, te takie występujące w czasach, gdy one puszczały oczka, no i ono bursztynowe światło przez one dziury prześwitujące i jeszcze te odbicia, rotacje, ono wszystko cudowne. Chciałoby się zatrzymać, zostać tam, dać się może ponieść im nawet. Zmienić się w czysty lekko połyskujący może pył, chmurzastość podświetloną, zmazującą zmarszczki, wydmuchującą troski…

Ale się nie da.

Życie czeka.

I choć wieczór piątkowy taki czarowny, to jednak przemija szybko. A ty wiesz, że robota w domu sama się nie zrobi, że nadgonić trzeba to i tamto i jeszcze w sobotę będzie więcej tych pilnych i najpilniejszych… ech!

Zwolnić trzeba!!!

Teraz!!!

PS. Problemy promowe się nawarstwiają, ludzie są wkurwieni – mówiąc lekko i zbyt ładnie – a i tak muszą pływać onymi trumnami, bo przecież tertium non datur. Nawet dwójki nie dali. Nie wiem dlaczego to taki monopol promowy tutaj mamy, no ale. Obawiam się, że tak serio, to jak zwykle Wyspę wszyscy mają gdzieś. I to mnie wkurwia maksymalnie. Macie ją czcić! A nie obchodzić się z nią jak ze zbędnym akcentem modowym. Ponosicie, bo modne, a potem wyjebać chcecie toto prosto do kosza… zawsze tak jest.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.