Pan Tealight i Pierwsze Zjulowienia…

„Bo przecież kto mógł jej zabronić?

Zresztą, to jak wyrwanie dziecku cukierka!!!

Nie no, nie żeby mieszkańcy Sklepiu z Niepotrzebnymi mieli coś przeciwko zabieraniu tłuściutkim bachorom ich słodkości, tudzież smażeniu ich odnóży krągłych, szczególnie Księżniczki i Królewny w ramionach PMSa… ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… Czekająca Na Pożywienie, w rzeczywistości była jednym z tych osobników, którym nie można było tego akurat odebrać. Cukierki by oddała, albo wypierniczyła d kosza gdyby poczytała skład, ciastka podobnie, ogólnie żarcie możecie brać, ale jej świąteczność, skomplikowaną i ogólnie mówiąc dziwaczną, całoroczną właściwie – w końcu kalendarz adwentowy składała rok cały… przez cały rok czekała cierpiąc poty lata…

… więc nie mogli, to było jakby wrośnięte w nią, więc jednak… nie dałoby się chyba nawet, co nie? No naprawdę?

Nigdy w życiu!!!

Dlatego spoglądali i bardzo często nawet jej pomagali.

Po prostu.

Bo w jakiś pokręcony sposób to wszystko sprawiało im radość. To, że ona się cieszyła. To, że miała coś, co było kompletnie i tylko jej. Że nie dawało się jej podrobić. Zresztą, kto by zniósł taką presję? No kto?

Bycie Wiedźmą Wroną musiało być…

… cóż, przynajmniej trudne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiecie…

Z jesienią to tak jest, że człek patrzy i patrzy, no jak z wodą w garnku, patrzy a ona się nie gotuje, odwraca się, a woda spalona. Hihihi… No serio, zawsze tak jest z jesienią. Człek patrzy na liście, na drzewa, patrzy i jęczy, że kurcze, jeszcze nie, że kurcze no kiedy? Że niby już, ale jednak nie już?

No więc właściwie tak się dzieje w tym roku.

Człek przez tydzień przychorzał mocniej, a tutaj wiatr liście w sporej części zabrał, wszelaka kolorowość się spojawiła i oczywiście czas na kolejną odsłonę Jabłkowego Dnia w Melstedgaardzie. Było… jak zwykle. Nie oszukujmy się, nie lubię zlotów ludzkich, a dodatkowo wczoraj tak wiało, słońce chmury zasnuły i tyle. Ale… po raz pierwszy od lat kilku były JABŁKA!!! A tak, wielką tajemnicą onego dnia od lat chyba 3 był brak jabłek. No wiecie, pośmiali się wszycy z tego, ale jakoś widać w tym roku ktoś poszedł po rozum do głowy, tudzież po jabłka po Wyspie i coś skołował. Dwa i pół stoiska z jabłkami. No wiem, nie brzmi dumnie, ale były. My oczywiście na migdały i po miód. Bo miód na Wyspie jest niesamowity.

A człek wciąż słabujący…

Jak z okazji każdego darmowego wjazdu tłok niemożebny.

Wszyscy przybyli.

Każdy oczywiście pojazdem, więc droga główna i nasza ulica, totalnie zatarasowane. Bo wiecie, jak jeden idiota, to i inni idiota. W końcu tutaj już ktoś stał, więc i ja Brutus, a że nikt nie będzie mógł przejechać, toż przecież ja tutaj nie mieszkam, co mnie to obchodzi, ja tutaj na event przecież!!! I tak to się kończy. Zawsze. Bo u nas nie parkuje się na chodniku.

Oczywiście to rzecz chwalebna i tak dalej, ale jednak…

Nosz kurde no!!!

Na Dniu Jabcoka…

Ekhm, no dobra na Dniu Jabłka…

… to wiecie, nie tylko wariaty mający gdzieś prawa drogowe. Nie tylko osobnicy o kulach prowadzący dwa psy jednocześnie i oczywiście wpadająca w inne osoby mocno mało sprawne, które też mają psy… i szczekanie, lamenty i tak dalej. Przede wszystkim spotkania, drewniani rzeczy, trochę warzywek, miodek i takie tam. Oczywiście przede wszystkim można sobie obejrzeć muzeum za darmochę. Oczywiście jak pojedziecie na polską wieś, taką dawniejszą, to znajdziecie to samo…

Tak, można się wozem przejechać.

Nie konie nie zdychają.

Oczywiście można też dokonać ekologicznych i strikte patriotycznych dookolnie zakupów. I to jest super. Na przykład w tym roku zaskoczeniem był pieczony prosiak! A tak i to cały! Jak ktoś miał ochotę, to oczywiście mógł i tak dalej. Znaczy mógł z chlebem z pieca i sałatką i czym tam jeszcze. Była i kiełbaska, więc nie ino jabcokami… jabłkami się znaczy, człowiek żyje. Może też sobie nabyć roślinkę.

Pewno, że tak serio to niewielka rozrywka.

Całkiem i w ogóle.

Wiecie, wiejskie klimaty i aromaty, ale jak dla nas, to raczej coś, co zwyczajnie widzimy z ogródka. W końcu mieszkamy pi drzwi oko na przeciwko. Ale jak ktoś chory, to nie powinien wybrzydzać. Czy raczej rekonwalescent, no ale… semantyka. Człowiek wyłonił się z oparów antybiotycznych i był na zewnątrz.

Zewnętrze jest fajne…

Bardzo.

PS. Rano znalazłam srokę gadającą z zającem pod drzwiami mojego tarasu… nadal uważam, że coś kombinują. LOL

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.