Pan Tealight i Samotnościowcy…

„Kamienne wyspy niechcące ludzi. Niepragnące macania, tykania, parkowania u ich brzegów, budowania, zmieniania… Samotnościowcy. Chcące tylko i wyłącznie bycia ze sobą. Każda wyłącznie ze sobą. Tylko. I może powietrzem dookoła i może chmurami, deszczem, falami, ptakami i roślinami, a jednak, przecież to już jest tak wiele.

Tak wystarczy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Shopping.

No dobra.

To co kupujecie na wakacjach? Czy jesteście dziwadłami jak ja szukającymi kartek, magnesów i śnieżnych kul, sztuki wszelakiej, wspomnień w postaci kamyków, muszli i tym podobnych? A może jednak wydajecie miliony na torebki czy buty marek niewystępujących w waszych rodzinnych stronach? A może nie kupujecie nic? Może tak naprawdę macie to gdzieś?

Wiecie, górnolotnie oddajecie, że wspomnienia tylko w sercu i takie tam…

Albo staracie się znaleźć to, o najlepsze do zjedzenia? A może made in China, dobrze wiedząc, że i tak wszystko jest z Chin. Choć oni się ostatnio wycwanili i piszą Malezja czy inna tam zamorska kraina, a po prawdzie mówiąc, to tak naprawdę wciąż Chiny, tylko wiecie, lepiej brzmi dla kupującego?

To jak to jest?

Widzicie, gdy się mieszka na Wyspie, gdy tak naprawdę ma się dookoła więcej artystów niż marek gaci i butów, no i większość i tak musicie zamówić przez internet, bo zwyczajnie akurat tego nie ma, a na to jesteście uczuleni? No i w Szwecji mają takie fajne świeczki zapachowe. Może ich nie palę, ale wącham. No tak, takie uzależnienie… ale tak serio, najczęciej na niewiele mnie stać. Po tym jak człek stracił robotę, sztuki jego nikt nie chce, blogi nie zarabiają, to wiecie, musi okroić wszystko, by jakoś powiązać koniec z końcem. I nie mówię tego, byście się poczuli gorzej. To fakt. Ale pewno, że fajnie by było, gdyby ktoś chciał obrazek. Jakby co, wciąż są w moim sklepie (pamiętajcie, że ceny w koronach duńskich), ale spora część już została zniszczona. Tak… zniszczyłam własne obrazy. Zwyczajnie. Za pomocą noża, nożyczek i nogi. A potem napotkałam problem – jak to wyrzucić. Bo to tutaj nie jest łatwe. A tak, ekologia mnie dobija. Choć w Szwecji to dopiero są cyrki. Nie no, rozumiem plastik, papier i kompost, też to mamy, ale oni mają jeszcze dodatkowe elementy, których ja nie pojmuję. A kupując coś w polskim sklepie nie wiesz z czego zrobiono opakowanie.

I czy biały papier wciąż wchodzi w kompost?

Kiedyś wchodził…

A obrazy? Są moje. Nikt ich nie chce, więc… dlaczego nie? Ja nie mam miejsca na nie, a brak miejca zabija twórczy space.

No ale wracamy do głównego tematu… gdy mieszkacie na Wyspie nagle i shopping jest dziwny. Bo w okolicach Tanum jest ogromne centrum handlowe. OGROMNE!!! I niesamowite, bo pełne rytów w 3D. Nawet jeśli nie intrygują was zakupy w Szwecji, to warto wejść. Genialny wystrój. Wszystko w bieli, czerni i czerwieni, polecam kibelki!!! Te ryty takie nadmuchane sprawiają powalające wrażenie. Te znaki na podłodze i ścianach. Po prostu coś niesamowitego. Spójne, szalone, pasujące do wszystkiego, no i mają Rituals!!! Tak wiem, wielce odkryłam ten sklep przez jakiego bloga i było cudnie. A jakie mają… kurcze, niższe ceny niż inne firmy pachnąco-kosmetyczne!!! Świeczki wielkie po 200SEK?!!!

Naprawdę?!!!

Chcę więcej!!!

Tym bardziej, że korona szwedzka leci na łeb na szyję. Warto kupić i gacie i coś na prezent na święta. I to zrobiłam. Tak. Z ostatnim dniem sierpnia kupiłam prezenty do naszego kalendarza tak zwanie adwentowego. LOL Robię go od początku roku, bo bardzo i zależało na tym, by na każdy dzień było po 2 prezenty… wiecie, mam bzika!

Świątecznego bzika?

No ale, całe to centrum przede wszystkim było dla tych rytów uczłowieczonych. Wielkich i mniejszych. Łodzi i kobiet biegnących, niby na wyprzedaż. Tych na ścianach, które imitowały ryty, zainteresowanie, albo miały skupione nóżki, bo wiecie… siusiu język jest wszędzie taki sam!!! Ale jednak… najfajniejsze było oglądanie tego dość wcześnie, gdy jeszcze nie było ludzi, gdy wszystko było pustawe takie, ale otwarte. Masa miejsc pustych, wciąż czekających na swoich wpodnajemców, no ale… dziwne jest takie centrum właściwie w wielkim nowhere. Między drzewami betonowy, niski budynek i parking. Gdyby tak przenieść tutaj kilka sklepów z pamiątkami, założę się, że Turyścizna byłaby usatysfakcjonowana. Ja bym była, a w tamtym momencie byłam oną Turyścizną i to Turyścizną z całkowitej dziczy!!!

Ale po tym łyku nowoczesności i współczesności czas na więcej rytów.

Bo dlaczego nie.

Jeszcze chyba zdążymy, a ominęłam kilka ważnych, dość niedaleko. A dokładnie w pobliżu Vitlycke!!! Wstyd trochę, no ale. W tej całej ekscytacji człowiek po prostu nie ogarnia wszystkiego, więc teraz, tak na pożegnianie okolicy, do lasu. I jeszcze wysłać pocztę, bo w końcu banki działają – duńskie padły w dniu wypłat – dołożyć coś, pozaklejać koperty na parkingu. A potem znowu do lasu.

I skała za skałą.

Opowieść za opowieścią.

Grupka na łodzi, modląca się może? Kobieta określona jako „smoking one”, w rzeczywistości interpretowana jako ta płaczka, która wysyła ciało męża na wiekuistą wycieczkę/bitwę? Do Walhalli? Może? Mniejsze ryty i większe. Mężczyzna prowadzący wojsko, czy jednak uczniów? W końcu wysokość niegdyś była w rytach i rysunkach oraz rzeźbie, oznaką zajmowanej pozycji, może i tutaj tak jest? Ci walczący, ci polujący… przepiękne zwierzaki. Ryty tak niewielkie, ale jednak tak pełne.

Zaskakująca…

Tak wielu je omija.

No ale czas na pożegnanie. Powrót do domku, potem ryba z frytami, chwila w porcie we Fjällbace… chwila na wspominki…

Czemu się zakochałam w tym miejscu? Co się ze mną dzieje?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.