Pan Tealight i Kamienna Wyspa…

„Jedna, druga, trzecia…

Właściwie w tym miejscu wszytko było tylko i wyłącznie wyspą, albo kilkoma pozostającymi w jakim dziwnym, pokrętnym i zalewanym związku. Kilkoma się rodzącymi, kilkoma umierającymi, kilkoma wciąż jeszcze jakoś tak do końca niezdecydowanymi, więc… pokochała je. Bo w niej było coś z wyspy zawsze. Z jej Wyspy i z każdej innej też. Jakby… nie mogła inaczej.

Żyła już na wyspie pośród rzeki, pośród miasta i pośród drzew. Na wzgórzowej wyspie i na takiej lekko zagłębionej i gdy pokazano jej, że ma żyć gdzieś indziej zrozumiała, że nie może. Że to zawsze musi być wyspa taka, albo i inna. Odosobnienie, inność, zamknięcie pewne, ograniczenie, specjalność i siła wydobywająca się z ziemi lub skał. Drzewa czy głazy okalające miejsce, lub inne tam pradawne mury…

… albo też, wrota do innych wymiarów, światów, czy pomysłów.

Jednak tutaj, w tym miejscu, te kamienne wyspy, takie obłe niczym kochankowie spleceni w uścisku, niczym panie wciąż czekające na swoich amantów. Pełne ciał, pasji i emocji. Wiedzą, że ktoś ich pragnie, wiedzą, że dla każdej przeznaczony jest co najmniej jeden chętny, wiedzą to… nie potrzebują wiary. Jedne poznaczone trawami i pojedynczymi drzewami, inne znowu, całkiem nagie, niewstydzące się swoich krągłości połyskujących w mocnym słońcu.

Ale ta jedna, ta większa, bardziej kulista… tak… ona…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

Czasem na wakacjach pada.

I tak naprawdę człowiek tak się wykończył przez kilka dni i zarwał kilka nocy bo wiecie, zaliczał co się dało, na początku po prostu szalał i chciał wszystko, i więcej niż wszystko i w ogóle… więc w końcu baterie mu siadają, przestaje przebierać nóżkami i planuje sobie dzień odpoczynku i normalnego względnie jedzenia. I wiecie, jak już byłam na tych wakacjach, to jakoś tak i mnie dopadło.

I naprawdę planowałam łóżko i spanie i odpoczynki. Wszelkie się lenienie i tak dalej, ale… potem sobie przypomniałam, że są listy i kartki do wypisania, a w moim przypadku to nie 5 karteczek, ale specjalnie przywleczone z Wyspy koperty, naklejki, stos kartek, więcej kopert mniejszych i większych i rachunek w wysokości około tysiąca koron. Niestety. Ale jak inaczej… jak już wyjeżdżasz, to poczta być musi przecież! No to przysiadłam i większość dnia mi zeszła, bo dziwnie, na tych wakacjach ni w ogóle nie mogła spać. Może to przez wysokie łóżko, a ja łóżek się boję w ogóle, podobnie jak krzeseł i stołów i tyle… a tak, jeśli ktoś chce mi stworzyć piekło, to zaproście mnie na obiad oficjalny, gdzie trzeba się ubrać i grzecznie siedzieć na krzesłach i oczywiście jeść!!!

No więc mój odpoczynek wiecie, nie zajarzył, że ma być, i puścił. Narobiłam się jak dziki świń, napisałam masę rzeczy, masę wypisałam kartek, kopert i tym podobnych… i wiecie co, nie mogłam wytrzymać!!! Po prostu. Na zewnątrz padało, ale w końcu, jako po południu przestało i nawet wyszło trochę słońca, więc… więc wyrwałam się na spacer. Miał być malutki i maciupki, Chowaniec obiecał, że tylko dookoła domku, znaczy pola golfowego, bo widok mielimy na pole zielone i skały i drzew kilka, więc jak najbardziej za.

I poszliśmy.

Szybko i wolniej.

Patrząc na kilka dziwnych zabudowań i oną pustkę zieloną. I pojedyncze osoby na polu i dziwność tego miejsca i nagle… plakietka i nagle człek już wie dlaczego nie ma ptaków i motyli. Ech, ekologie!!! Pryskali czy coś i wiecie, pa pa naturo!!! Dziwne to takie życie bez zwierzyńca. Bez wron i mew i jeszcze bez wszelkich innych corviksów. No jak tak można łazić? I wiecie, nie natykać się na ptaki? Ale pewno kupy przeszkadzają równo przyciętej trawie. A przycięta maksymalnie. Mówię wam dziwna rzecz takie pole golfowe. Dodatkowo przez to przepływa resztka fiordu… uformowana, ograniczona, ale jednak jest. Ciekawe, co jak podniesie się poziom wody? Jak wam zaleje?

Co wtedy zrobicie?

Dziurki w skale?

… świat zielony.

Ludzie i zwykłe domy przytulone do skały i nagle wpadliśmy na jakieś dziwne osiedle. Ale wam mówię pełen wypas. Naprawdę ślicznie, ale jednak dziwnie jakoś. Dookoła skała i pole golfowe, widok całkiem fajny, spokojnie pewno, ale atypowo. No ale nic to. W końcu sami mieszkamy w małym, białym pałacyku na skale.

Hihihi…

Idziemy dalej. Mijamy niewiele ludzi i powoli, ale w końcu trochę przepoceni, b wiecie jak to jest, gdy pogoda zaleje i chmurzy, ale wilgotność daje wysoką i mocno przygrzewa w plecki, to człeka oblewa, no ale idziemy dalej. Bo choć nam się pomerdało gdzie i jak idziemy i dokąd docieramy, to jednak, doszliśmy! Do onego nowego mostu, który przepołowił fiord. Ale wiecie, tak nie do końca of course. Jest zrobiony przepływ wody, jest wszytko, ale z racji, że poziom lustra niziutki, więc… Pewno, jak będzie trochę wyżej, to już widzę jak fajne w onej spokojnej części będą się czuły ptaki.

No przecież nic ino jaja robić!

I żreć co woda daje!!!

A daje, bo widzę czaplę.

Niesamowitą. Odbijającą się w lekko mętnej wodzie. Kroczącą, jakby nigdy nic. Wiecie, te długie giry, ten dziób, ona szarość i biel. Po prostu czar ciał szał i wszelkie erupcje. I ona czapla tak łazi, jakby na jakimś owalnym wybiegu pióra prezentowała. Jak nic Czapla’s Secrets! Żadnych Wiktorii!!! Niesamowita jest, gdy na chwilę wzbiła się w powietrze, jakby zawisła w nim, przyciężka… a potem dalej łazić. I oczywiście wtedy zaczęło lać. A ja na drodze, samochody obecne, wąsko mocno, a mnie ta czapla wciąż i wtedy, wiecie, ona nagle się pochyla nad wodą i chwila moment…

Srebrzystość błękitna macha przez chwilę ogonem w jej dziobie i już jej nie ma! Smacznego pani! Czy panu? Trzeba sprawdzić jak to się ptaszki rozróżnia płciowo w tym gatunku. Czapla łapiąca rybę była naprawdę czymś fascynującym, jeszcze ten deszcz. Oczywiście, że muszę pociągnąć te swoje krótkie nóżki, bo aparat zamoknie i tak dalej, ale jednak nie mogę się oderwać. Na szczęście czapla podjęła decyzję za mnie i odleciała troszkę mocniej dalej, więc mogę sobie tuptać dalej. Po okolicy.

Zmierzając ku domowi.

A tam… tęcza…

Okay i tutaj coś, czego chyba nigdy nie widziałam… tęcza raz po razie w tym samym miejscu. Tęcza odnawialna, którą zresztą widzieliśmy też w tym samym miejscu kilka dni wcześniej. Aż chce się lecieć po ten garniec, ale upocony, mokry i zmęczony, kichający człowiek, to nie materiał na pogoń za leprechaunem. No i tak by mnie krasnal jeden wykiwał.

A może nie?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.