Pan Tealight i Złoty Wodorost…

„Na plaży, wciąż jeszcze w wodzie miejscami, ale już jakby wychodzący, unikający fal, słoności, wszelka trawiastość modyfikowana falami, drobinkowana, glitterowana, wszelako cudownie odkształcona…

Leży ta cudowność.

Szczyt technik wszelakich, morsko-jubilerskich. Sztuka i niepowtarzalność okąpana promieniami zachodzącego słońca. Słońca, które tak naprawdę od niego uczy się jak to jest być oślepiającym złotem. Klejnotem, szaloną połyskliwością o nieidealnie gładkiej powierzchni, bo miejscami znaczonej malutkimi grudkami zdobień i może run morskich? Może i pisma, które już dawno wybrzmiało?

Pazurzasta ręka, dłoń może mocno ulękniona, płaska i cieniutka, ale jednak z czterema, mocnymi palcami. A wszystko oczywiście w złocie. Bo na to jest zdecydowany… na złoto ono żółte, słoneczne i jasne, ale i brzegami na stare, przyciężkie, miejscami nawet zrezygnowane, lekko zgniłozielonkawe. Czy to filigran na onych, zdających się być ostrymi, brzegach? A może jednak…

Może coś więcej?

Niewielkie jajeczka pradawnych stworzeń, które odmówiły odradzania się, postanowiły przeczekać ten świat. Bo ten świat tak bardzo boli, za bardzo niektórych… i jedno machnięcie fali i wszystko znika… przemieszcza się. Może i ucieka, może odchodzi pewne siebie, a może jednak przymuszone?

Może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wróciłam na Wyspę, która stała się w końcu cichsza, chłodniejsza. Wciąż jeszcze sucha, rzeki wciąż przypominają wątpiące w we moce strumyki, wciąż jeszcze wszystko zdycha, ale… żółcenie się liści minęło. Sklepy pozamykane, wychodzę na spacer i tylko dwa golasy na pomoście. I wiecie co… mam ochotę ich wyściskać.

Serio!!!

Mam ochotę wyściskać gołych – CHYBA – Niemców za to, że są przecudnie normalni. Znaczy wyspowo normalni. Tak, nie obchodzi mnie to, że są goli. Nie gorszy mnie to w ogóle. Chodzi o to, że są poprawni. Zwyczajni. Kudos im za goliznę, która naprawdę tutaj pasuje. Która jest nudnie aseksualna. Super są, bo to robią. Nie, nikt tutaj nie macha wam interesem przed oczami, po prostu mieli pustą plażę, teraz się wycierają, pewno ubiorą się, zejdą z pomostu i pójdą w swoją stronę po szybkim zanurzeniu. Nie będę podglądać, bo i mnie to nie obchodzi i tak serio, sama bym wskoczyła, ale wciąż choruję.

Ale i tak bym wskoczyła nie martwiąc się o wymyślność strojów i czy coś mnie pogrubia, pochudza, pomarszcza, czy chujaczyńskie wiedzą tam co jeszcze…

Po prostu.

Kocham to po prostu!!!

Ale jednak jak wybrałam się wczoraj na spacer – słonecznie, ciepło, lekki wiaterek, milusia przedjesienność, choć wszystko co przetrwało odzyskało zieloność, trawy są właściwie neonowo zielone, a drzewa odżyły. Jesienność chyba odwołana. Choć widzę spacerując po skałach, że szkody są spore. Ale krów w Ekkodalen, masa. Idąc od Lilleborga do Ekkodalen przez Rytterknagten, gdzie teraz wiecie, wytwornie kawą wali – no sorki morki, ale nienawidzę kawy… spotkaliśmy jednak masę Turyścizny. Głównie niemieckiej, ale to znak nowych czasów i promów. Nie wiem, czy się przyjmą, czarno to widzę, ale przepłynęłabym się do Niemiec na jakieś świąteczne zakupy. Tudzież tylko oglądanie lampek, bo wiecie, bieda.

Wciąż u nas za wiele jednak tych ludzi. Wciąż jeszcze… choć lody w porcie smakują wybornie, bo po spacerze człek sobie chce pozwolić na oną nieskromność. A co. Stary jet, więc mu wolno!!! I jeszcze psychicznie niezborny, więc wolno mu tym bardziej… a jednak. Kurcze, nie wiem co się dzieje, ale wciąż myśli o wakacjach.

I wciąż mam tyle do opowiedzenia!!!

Naprawdę.

Choć właściwie wszystko zamyka się w przeszłości i mej osobowości i cielesności czycącej skały i wyryte w nich obrazki. W końcu dorwałam te pominięte, w końcu udało mi się znaleźć nowe, w końcu tyle się wydarzyło. I jakoś… po raz pierwszy to coś, co przeżyłam było naprawdę wakacjami – dobra przez dzień lub dwa, ale jednak – a to nowość.

Gigantyczna!!!

Ryty więc…

Na pierwszy cel idzie Litsleby.

Nie dotarłam tutaj ostatnio bo… ech, no bo tyle tego było, człowieka dobijał Hamburgsund, no i czas gonił, a tyle do obejrzenia i w ogóle. I to jeszcze sam bóg z włócznią i widoczną organizacją swej męskości ostro ukazaną. Ekhm. Co do detali. Nie anatomicznych. To podobno połowa epoki brązu, może jednak nie. Wiecie, nie do końca można być pewnym. Ale na pierwszy rzut oka, to raczej coś tak bardziej brązowego, chociaż, z drugiej strony… oj, nie oszukujmy się, i tak wszyscy skupiają się na płaskiej, lekko pochylonej skale otoczonej pięknym lasem i onym na czerwono wymalowanym rytem.

I penisem.

A tam tak naprawdę tyle do oglądania!!! Może i zdobienie onego kawałka skały trwało dłużej, może i naprawdę, wróć, na pewno wymagało masy pracy, ale jednak… nawet uświadamiając sobie oną moc pracy, człowiek czuje się lekko powalony i musi przysiąść na ławeczce. Z myślą, że tak bardzo chce oczyścić więcej tych skał.

I to teraz, już!!!

Bóg, penisy, łodzie, zwierzęta.

Całe historie i zdające się być oderwanymi łódki. Pojedyncze sceny polowań, może trochę określeń czasu? Może? Niedokończone moje kółko z krzyżykiem na jego penisie. Pewno późniejsze, lekkie niszczenie, a może tylko złe wymierzenie? Wiecie, bad planning? Nie wiemy. Za to mamy wiele teorii. I serio… polecam wam to miejsce właśnie by rozwinąć wyobraźnię. Bo to jest jak gigantyczny komiks!!! I ze stopami na dobitkę!!! I jeszcze te koła na łodziach, pytania, brak odpowiedzi… pogoda kiepska, ale nie dla mnie. Akurat wolę mniejszą słoneczność.

Przynajmniej mam to miejsce tylko dla siebie.

Wyżej jeźdźcy z Tegneby… nie do końca wiadomo, nie do końca pewna teoria o ofiarowaniu zwierząt bogom, a może jednak coś innego? Może w rzeczywistości ten ryt jest na tyle młodziutki, że jest tylko kopią. Wyłącznie czymś, co robiła najsłynniejsza z Kleopatr? Naśladownictwem tylko, a może aż? Próbą wtopienia sie w tłum? Ale to by znaczyło, że właśnie o to im chodziło… datowane na około 500 p.n.e. jakoś tak się tłumaczy…

… przynajmniej mi.

A teraz znowu Vitlycke Muzeum.

Po co wracać?

Po książkę. Bo tak. Bo to mikro, ale świetne muzeum i Chowaniec musiał do kibelka. Ekhm. I zostawił mnie w sklepiku. Oj błąd… ale fajny błąd. Jest też mała restauracja, garść ludzi. Cicho, bo pamiętajmy, że już po sezonie!!! Niestety mój ulubiony film… nie działa!!! NIEEEE!!! Na szczęście nagrałam go sobie, ale to nie to samo.

Smuteczek…

Ale jeszcze tyle zabytków przede mną!!!

Tak, będzie tego więcej. Wiem, wkurzające. Ha ha ha!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.