Pan Tealight i Plaża z Grubymi Damami…

„No dobra.

Wiedźma Wrona Pożarta po raz pierwszy w życiu była tak zaskoczona. Wiecie, nie żeby myślała, że wszystkie plaże to piasek, woda i dal kosmiczna, bo tak nie myślała, znała różne, z niektórymi wchodziła w porąbane związki, ale to miejsce, ten specjalnie wydzielony obiekt kąpieliskowy…

… był dziwny.

Po pierwsze mieścił się na Krańcu Świata Bardziej, a po drugie otwarty był na morze tylko poprzez wąski szpaler wysepek i skał. Choć co czyni coś ino skałą wystającą z morza, a coś wyspą? Rozmiar?

Ma znaczenie?

A może…

A może chodziło jednak jej tylko o te wielkie, krągłe kobiety, które otaczały kamienną plażę zasłaną parzącymi meduzami? Przerażały ją. Patrzyły na nią rozwalone, leżące, obmywane falami, niebojące się morskich stworzeń, które tutaj były tak kompletnie odmienne od tych jej znanych i tak przerażające, a jednocześnie… tak piękne. Niesamowicie czarowne, przyciągające, a jednak…

… a jednak…

Tak, oto była plaża, która nigdy nie mogła należeć do Wiedźmy Wrony, w żadnej części, ale też jej nie odpychała. Pozwalała zbierać muszelki, zezwalała na czycenie i głaskanie, ale też nie chciała, by ona się w niej naprawdę zanurzyła. Opryskiwała ją chmurką solnej konieczności, ale jednak nie falą… A te panie, damy, boginie może nawet… milczały. I spoglądały na nią. Dziwny, potargany twór, który nurzał się w kamienistości, buszował w niej odziany w czerń i wiedziały…

Że kiedyś będą chciały jej więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Artyści i Fjällbacka…

No są.

Istnieją tutaj.

Na pewno jest ktoś, kto maluje skrzynki na listy… czy też raczej skrzynki na reklamy. Bo czy poza mną ktoś wysyła kilkadziesiąt przesyłek, kopert, kartek z wakacji. Za jakieś 800 koron? Nie. Kobieta, przemiła osoba, ale bardzo przerażona ilością i moją nadaktywnością znaczkową, ledwo sobie poradziła. Ledwo. Ale jednak chyba też i szybko jej poszło i pomoc miała, bo pierwsze przesyłki już docierają!!!

YAY!!!

No ale miało być o sztuce. Choć… przecież epistolografia to też sztuka. W moim wykonaniu bad handwriting one, ale… jednak jest. Wymaga podstawowych narzędzi, ołówka, długopisu, papieru. Kocham je. I znaczków, pięknych, czadowych. I jeszcze kopert, tajemnic, odrobiny magii, dorzuconego liścia, zasuszonego kwiatka, może i czegoś większego? Formy w kształcie dziwnym, magnezu, ołówka z far far far awaya. Albo tylko odciśniętych ust?!

Artyści!!!

Jakoś nie trzymam się tematu. No ale, to ja. Wróciłam ze świata pełnego starych rytów, lasów i skał, miejsc dziwnych i dziwniejszych i braku wifi!!! Czadowego, który przenoszę tutaj. I serio, ograniczam się. Tylko, czy mi się uda? Musi, w końcu sztuka czeka. Niszczenia obrazów to jedno, ale malować też się chce. No i jeszcze kilka zostało, więc jeśli ktoś coś, to pamiętajcie, że cena do uzgodnienia. A sklep tutaj! I tak, wiem że duńskie korony to tak strasznie ilościowo wyglądają, ale sprawdźcie kurs! I zwyczajnie spytajcie o ofertę 3 w jednym LOL Może coś małego na prezent, a może większego na zbyt wielką i białą ścianę?

Bo artyści też jeść muszą!

Niestety… i używają dezodorantów!

I prądu!!!

Artyści?

Są tutaj wszędzie. A przynajmniej tak mi się wydaje. Bo każdy dom ma w sobie coś, każdy jakoś tak czaruje. Te cudowne wycięcia, kolory, ta niemonotonnia. Ta porażająca, odważna nieskromność barw! Te uliczki, kwiaty. A jednocześnie ona skromność. Tu dzwonek, tu kilka doniczek, łódź w oknie. Jest w tym jakaś surowość, ale też wciąż połączone morskie klimaty. Jakbyśmy, ci żyjący nad morzem, nie mogli bez niego egzystować nawet i w domu. Własnym domu.

Są tu obrazy…

… oczywiście inspirowane Szwecją, folklorem, wierzeniami, obrzędami, ale też i tym namacalnym. Tym co w wodzie, w trawie, w porostach, opadłych liściach. Tym, co na niebie, pod nim, tym wszystkim tak prawdziwym. Czasem srającym z melodyjnym pluskiem. Łodziami, podróżowaniem nawodnym. Ale przede wszystkim jednak, tutaj, w tym mieście… wyspami.

Te malutkie, czarowne skały, czy też ona skała, do której Fjällbacka się przytula – lekko przerażająca, osypująca się, zwiastująca collapse – i to one stały się wielką inspiracją dla wielu artystów. Mnie też dotknęły. Na pewno coś namaluję, ale nie tak jak On. W końcu Go spotkałam… Petera Engberga. Artystę, którego jakoś nie udało mi się spotkać rok temu, a którego prace zwyczajnie mnie urzekły. Człowieka, który w swojej galerii – razem z Oscarem Nordblomem – prezentuje właśnie te wyspy/skały. Miejsca, które niczym okruszki z kontynentu prowadzą nas na pełne morze.

Każda z nich ma nazwę, więc i on się nimi inspiruje. Nie tylko kształtem, nie tylko specyfiką terenu czy domków, ale właśnie nazwą. Może i historią z nimi związaną, odosobnieniem, dziwnością, lub tylko innością… Antropomorficznością, a może tym, co czuje, gdy na nich jest, lub na nie spogląda. Jest w tym coś z bajkowości, jest w tym jakaś mityczność, ale przede wszystkim…

Chyba prawdziwa Fjällbacka.

Ta jej część porozrzucana.

Pogubiona może nawet…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.