Pan Tealight i Kripi Wiocha…

„Na palach…

Na morzu.

Przy skale.

Pod skałą i jeszcze w niej prawie, dotykając pierwotnej formy Wszechświata, który upuścił tutaj cząstkę swej samotności, trochę dziwaczności i 100 procent przerażenia. Wyprodukował sobie później nowe… umie tak. Na poczekaniu oczywiście. Bo wiecie, to w końcu wszystko jego robota, jego produkty, więc…

Ale to miejsce… dziura w skałach wypełniona wodą, której wyjście w pełne morze zdaje się jakoś zakryte. Z prawej domki czerwone z łódkami, zdają się być wtulone w wielką, gładką, miejscami pękniętą skałę, z którego to pęknięcia wyrastają żółte kwiaty… w onej ciemności między drzwiami domku a skałą, jakoś żyją. Mocarze, czy też najdzielniejsi z bohaterów? A może nie mają innego wyjścia?

Jest tutaj ona i niczego nie rozumie.

Po lewej stronie morza droga, ale zdaje się nią nie być. Jakby istniała tylko jako przykrywka. Oczywiście przed nią też domki. Tylko pięć, a może to ułuda? Może jest ich mniej, bo wszystko zdaje się być lustrzanym odbiciem… i skała i morze i łódki, i ciągły, dziwny rechot fal. Nie, tutaj morze nie szumi jak u nas. Tutaj ono jest dziwnie bardziej zaborcze, groźne nawet, niewrażliwe. Łódkom to widać odpowiada, czy ludziom? Nie wiem. Nie widzę ich. Chyba mignął jej gdzieś rower, ale tutaj nie jest pewna ni tego co widzi ni tego, czego nie słyszy, a może i czuje?

A przed nią one… skały.

Obłe, antropomorficzne.

Niby ukultowieni bogowie, którzy już nie mają nadziei, ale zdołali uwięzić tutaj grupkę swoich wyznawców. Może dlatego zdaje się jej, że w tych czerwonych domkach są jacyś ludzie. Są jakieś dusze i siły, są jakieś byty, a może i moce, które zostały związane najpotężniejszymi zaklęciami…

Skały…

… ona chce je dotknąć, uszanować, pokłonić się, ale ją odpychają, jakby nie wierzyły, jakby już wszytko widziały, jakby…

… skały…

Przyciskające wszystko do siebie, nie tulące, nie… raczej pragnące cię do końca stłamsić, unicestwić.

Nie…

Wiedźma Wrona Pożarta… nie po raz pierwszy, ale może po raz pierwszy tak nagle i szybko… uciekła od natury.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sztylet ślubny” – … i co dalej? Bo ja chcę wiedzieć teraz, a nie czekać na kolejną część. Bo się wciągęłam!

Strasznie.

Aleksandra Ruda to autorka, którą znam, cenię, lubię, i która naprawdę mnie bawi. Jest prawdziwa, tworzy fajne światy, ale też jest trochę przewidywalna, więc gdy zaskakuje, to na pewno i na całego. Tu nie zaskakuje i naprawdę łatwo domyślić się ciągu dalszego, ale ona bezpieczność sprawia, że jest mi dobrze. Bawię się. Wiem, że to wszystko musi się dobrze skończyć no i…

Śmiechu mam co niemiara!

To drugi tom trylogii, więc zakończenie pozostawia nas, jak zwykle, w miejscy, którego nie chcemy dotykać, no ale. Taki prawa trylogii i tyle. Trzeba poczekać na kolejny tom! Tylko… ile jeszcze?

Dla wielbicieli fantasy z przymrużeniem oka. Dla tych, którzy chcą się pobawić. Którzy lubią fajnych bohaterów, nie do końca grzecznych, nie do końca znajomych, może i niektórych zaskakujących… którzy zwyczajnie nie uznają w fantasy granic. Którzy bawią się ich brakiem w literaturze.

Po prostu fajna książka z lekkim miłosnym zabarwieniem i wielkim laniem po mordach i innych miejscach. LOL Oraz z kilkoma tajemnicami, które nie zawsze są takie, jak się spodziewaliście. A może są? LOL

Więcej Fjallbacki…

Już pierwszego dnia, który na szczęście był słoneczny, zabiłam swoje łydki i po prostu… dałam z siebie wszystko. Wariacko. Ale z drugiej strony, może chciałam sobie po prostu udowodnić, że Agatha Christie nie do końca miała rację? No wiecie, z tym jej powiedzeniem, że nie powinno się wracać do miejsc, w których się czuło szczęśliwym. Ale ja… po pierwsze nie odczuwam szczęścia, po drugie nie wierzę we wspomnienia, a po trzecie, nie wiem, jestem dziwna i tyle. Dlatego lecę za przeczuciem i wracam. Do miejsca, które jako mnie dotknęło, wpłynęło na mnie, poruszyło mną…

Poza Wyspą tylko to miejsce, ryty naskalne dookoła niego, tylko to jakoś do mnie przemawia. Dziwne to… no ale, bierze się co jest i zajeżdżając wieczorem kupuje wodę, masło i chleb i tyle. I jeszcze malutki spacer, kilka kroków, bo trzeba odebrać klucze do domku i pierwza noc i nadzieja, że będzie słońce.

I jest.

Dzień wstaje ciepły, lecz nie wrzący, z tym niesamowitym, przeddeszczowy światłem. Z chmurami na horyzoncie, morzem mało wzburzonym, z drzewami spokojnymi, na szczęście już mniejszą mrowią ludzi. I człek idzie, bo chodzenie jest super. Zatrzymuje auto, parkuje zgrabnie i idzie. W miasto, czy raczej miasteczko? One domki jeden przy drugim, niektóre wrośnięte w siebie jak syjamskie bliźnięta z dachami, fikuśne, z hafciarskimi właściwie wycięciami w drewnie, miniaturowymi ogródkami, w górę i w dół, i do portu ogromnego, pełnego pomostów i łódek, łodzi, wszelkiego rodzaju jednostek pływających i oczywiście… one morskie byty, bo to morze jest tak całkiem inne niż nasze. Meduzy tu mają brunatne, niebieskie, rdzawe i burgundowe. I takie jeszcze co, co niby jest błękitne, a prześwituje. I jedno i drugie lepiej odsunąć od siebie kijem od szczotki, albo…

… nie pływać…

Oj, chyba se człek nie popływa. Zresztą, nawet jeśli, to plaży tu nie ma. Jest gdzieś tam dalej, gdzie dopiero dotrę, ale tutaj tylko skok na główkę z pomostu. Żadnego piaseczku tylko ta skała i te skały, i wyspy mniejsze i większe, gładkie takie, niesamowite, niczym ludzkie szczątki osobników utuczonych…

Łazi człek po pomostach i jakby po wodzie chodził.

Wszystko się buja i tańczy na falach małych, ciekawe jak to jest gdy są większe i czy takowe bywają? I jak tu jest zimą? No jak? Dość tych pytań, dość morskich stworzeń, czas wrócić na ląd. W końcu już wyszliśmy z morza, a na wyspy, na ów archipelag najlepiej pogapić się z góry. Z onej skały.

Tym razem nie wybieramy drogi pod wiszącymi skałami, ale idziemy tymi uliczkami podziwiając kolejne domki. Wszystko wydaje się takie puste, jakby tylko Turyścizna, której w końcu jesteśmy częścią, była tutaj obecna. Najazd Azjatów. W życiu nie widziałam ich w takich ilościach. No po prostu moc ich tutaj. Zajeżdżają onymi wielkimi autokarami, które ledwo się mieszczą na uliczkach i… są. Są rzeczywiście tacy, jak ich opisywali ci, co to mieszkają w Chinach, Koreach czy Japonii (wycierają pupę po numerze dwa i rzucają papier do kosza na papiery po wycieraniu rąk). Inni. Intrygujący, ale też dziwnie patrzący na resztę z góry. Masa hiszpańskojęzycznych osobników, para z Rosji, a reszta z okolic. Chyba? Kto to wie w dzisiejszych czasach?

Ale wejdźmy na skałę, bo mam plan.

Plan niewykonany rok temu. Wielki plan. Znaleźć brązowy pochówek, pomacać kamyki, obejrzeć wszystko dokładnie i bez pośpiechu dookoła, i zaliczyć niebieski szlak. Bo tak. W końcu żółty mnie przeturlał, to niebieski powinien zrobić to samo, czyż nie? I robi to. Po onej wspinaczce schodowej z wymijankami, bo tłocznie, w końcu człek siada na górze i nagle, wszyscy znikają. Ma człek oną wielką skałę, do której poprzyklejały się domy, tylko dla siebie.

Na chwileczkę.

I jest czadowo.

I jest niesamowicie, jakby się dotknęło nieba i spoglądało na rodzący się świat. Na ludzkość wynurzającą się z prazupy. I jest kamienny kurhan, oczka wodne mijane po drodze i czarowność znana, a jednak jakby nie do końca, a potem iglasty las, droga w dół i powrót do miasta ulicą. Bo w końcu człek sobie zaliczy rybę z frytkami w Matyldzie! A co!!! I powiem wam, że to była najlepsza ryba z frytkami jaką jadłam! Frytki w gazeciarskim rożku, ze skórką, rybcie w panierce, do tego sałatka… miodzio!!!

A wszystko z widokiem na skałę i morze i mewy, które starają się wyprzedzić kelnerów. Wiecie, walka o każdy kąsek trwa.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.