Pan Tealight i Piórko…

„Sfrunęło z góry, zagubione, chcące powrócić.

Czarniawe, lekko posiwiałe na brzegach.

Samotne.

Sfrunęło, opadło, zesmyknęło się po krawędziach światów odmawiając wejścia w którykolwiek inny, jakby było pewne. Dorosłe, tak dojrzałe, że przecież nie będzie się nawet zatrzymywać, gdziekolwiek… bo wie. Zresztą, kto by tam nawracał z drogi piórko? Leciutkie, cudowne, mięciutkie. Przecież się nie da. Jeszcze się popłacze jak mu powiecie żeby tego, czy tamtego nie robiło…

A płaczące piórko rozwala systemy.

Ale… ono sfrunęło.

Tak po prostu, dzielnie, a może jednak niepewnie, zdesperowania całkiem pewne, na stopień Chatki Wiedźmy, i posmyrało ją w czarniawe płytki, którymi ów stopień był pokryty. Mały spojler!!! Płytki robią się cholernie śliskie w czasie deszczu, mycia, lodów, zimy, łzawych powitań, łzawych pożegnań i takich tam… gdy mchy jeszcze je nawiedzają i ktoś nie wytrzyma do kibelka. Ale mimo tego ono się nie ześlizgnęło. Pewno pomogła wrząca pogoda, ale…

Ono wiedziało, że ma być tutaj.

Chatka Wiedźmy nie miała nic przeciwko ptakom i piórom, nie miała nic przeciwko sarnom podglądającym ją z ogródka, czy wronom i mewom, które uprawiały taniec w niewidzialnych, podkutych ciężkim metalem, drewniakach na jej własnym, spokojnym dachu… ale to piórko sprawiło tyle hałasu swoim cichutkim zstąpieniem… że poczuła się… napastowana!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rønne…

Inne Rønne.

Takie, jakiego jeszcze nie widziałam, ale pewno wszyscy ci, którzy przybywają tutaj drogą morską ubawią się po pachy, ale Nørrekås widziałam po raz pierwszy. Właściwie nie wiem dlaczego. Z daleka pewno, że tak, ale by usiąść na brzegu, na pływającej tratwie, to po raz pierwszy. Dziwne miejsce. Z jednej strony zamknięta przestrzeń kąpielowa i zwykła marina. Statków mnogość, właściwie miejsca wolnego chyba brak, ale nie ma boja, naprawiony biletownik, jakby co! Zepsuło nam to weekend, a raczej go urozmaiciło, bo fajnie było tak nagle posiedzieć. Pewno że zdjęcia, ale jednak najpierw jedzenie. Choć przez chwilę. Zza kamieni, wielkich, onego falochronu, słychać fale. Błękitne, niebieskie i mocno zielonkawe. Cudowne, piękne, niesamowite! Mocne, pewno w czasie sztormu nawet przerażające, a może tylko fascynujące, przeskakujące one kamienie, takie dziwnie ruchome, jeszcze niedotarte…

Stanie na skraju wody i skał przyniesionych przez człowieka, onej dziwnej, sztucznej twórczości, jakoś tak działają na mnie inaczej, niż normalna skała. Naturalna sprawa. Wygładzenie, porosty, kolory… Ale jednak inne nie znaczy gorsze. Za to w onym innym nastało też coś intrygującego. Starość zapomniana. Wielkie, gigantyczne, zardzewiałe malowniczo, ogromne i grubiaste gwoździe, które pewno gwoździami się nie nazywają, ale jednak, są tutaj.

Pod skałami, obok nich, wraz z resztą drewna…

Oto jest przeszłość.

Drewniane umocnienie.

Pełne barw od słońca, morza i porostów, poprzetykane onymi gigantycznymi gwoździami. Miejscami nadgryzione, miejscami idealnie całe, ale wciąż drewno, więc jak zwykle po prostu powalające swoją strukturą. I jeszcze ta rdza. Piękna, cudowna, do tego sznury, Cieniutkie, ale bardzo mocne. Do czego służyły? Kogo zatrzymywały, a może jednak więziły? Dziewicę? Błagając o zmianę pogody.

Może powinniśmy to spróbować, bo znowu idzie przegrzanie, jakby codziennie nie było gorąco wystarczająco. Ale podobno mamy bić jakie rekordy, więc pierun wie. Należy też się wystrzegać jakiegoś ozonu? Złego ozonu? Zbierającego się, pewno atakującego, czy coś? No nie, w mordę, już w ogóle nie wyłażę z domu! Nie mam zamiaru się udusić i jeszcze postarzyć. Oj nie. Nic z tego.

Nie!!!

Staję się rzeźbą!!!

Własną.

Wykonanie też własne.

… zakupy i takie tam.

Dobra.

Jestem babą. Czasem muszę iść na zakupy. I wiecie, w okresie sezonowym jest co oglądać, choć lepiej nie przyznawać się, że człek jest stąd. Nie rozumieją dlaczego potrzebujesz torby z napiem „Bornholm to be wild”. Albo magnesów, kartek, znaczków i takich tam. No wiecie… trolli na przykład, czy patriotycznych koszulek. Nie rozumiem dlaczego nikt tego nie rozumie!!! No ale…

Do sklepu oznacza oczywiście udanie się do stolicy, no bo jak inaczej. Oczywiście ubaw roku, bo najlepsze shopy w Rønne zamykają się o 13tej lub 14tej, a to oznacza pośpiech, jeśli przez przypadek w sobotę zaspaliście. Bo tam w niedzielę, to wiecie, można ino pomarzyć. Nie no, do Lidla czy Netto się dostaniecie, ale przecież nie o to chodziło. Raczej o Siostry i Tigera. Te pierwsze są mieszanką IKEAi i artyzmu. To drugie większość z was zna. Coś, co miało być Poundlandem zmieniło się w latającego zwierzaka z Kopenhagi, no ale. Widać jakoś tak się onym specom od reklamy zamarzyło…

No ale…

… wyprawa do Tigera, który u nas jest malutki, to seryjnie zabawa. Człek zwyczajnie szaleje. Nie oznacza to kupowania, ale jakąś dziwaczną zabawę. Windowshopping trochę pewno też, ale i… no właśnie. Bo oni teraz mają lamy, więc przykro mi, ale zgrzeszyłam. Lamami. Bo czemu nie. W końcu stara jestem, zdepresjonowana i ogólnie mówiąc radocha przydarza mi się raczej nigdy, więc czemu nie. Tym bardziej, że niebieska lampka to ubaw, a u nas „hygge” to „must”. No i jeszcze kartki na zapas dla znajomych i tyle. Okay, pewno że chciałam też oną ceramiczną i jeszcze może kubeczek, który pewno by trzasnął, ale jednak… przecież gorąc jest, więc i tak ino zimne napoje!!!

No dobra.

U Sióstr oczywiście już wszystko do szkoły, bo duńskie dzieci już wróciły. Bidulki. Zgrzeją się. Chociaż z drugiej strony to raczej Duńczycy są zadowoleni z onych upałów. Zwykle mają inne zjawiska pogodowe. Nie wiem jednak dlaczego radio tak głodni, gdy ci, których znam wciąż jęczą, bo u nas AC nie ma. Na szczęście varmepumpe też trochę pomaga. Bez niej bym chyba nie wytrzymała.

Jest koszmarnie!!!

PS. Jakaś familia skorpiona przywlokła… ludzie są pojebani. Przecież to się namnoży!!! Ale co tam. Czyćmy idiotów!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.