Pan Tealight i Krowa Nabrzeżna…

„Czarna, niczym fragment zimowej, głębokiej nocy, gdy nikt już nie śpiewa, gdy nikt nie czeka na światło, gdy wszystko i wszyscy jakoś tak zwątpili w lśnienie. W jasność ogólnie pojętą… gdy zima jest niesamowita, głęboka i bezsłoneczna…

Czarna niczym węgiel, który czeka na czas palenia. Który wie, co się wydarzy, ale jednak trochę się lęka.

Krowa z misiowymi uszami.

Właściwie to nie dzisiaj mieli się na nią natknąć. Nie tak to planowała. Naprawdę. Przygotowała wszystko, by było inaczej. By było po jej myśli, ale ten żar lejący się z nieba, morze nagle dziwnie cichsze, te skały rozgrzane, woda do picia znikająca i trawa… trawa, z której zostały tylko beżowe korzenie. I białawe wypustki. Nic, czym można się było nakarmić, nic czym można się było odżywić.

Dlatego jakoś tak wyszło. Zagapiła się i pozwoliła się im zobaczyć. Im kroczącym w tym samym żarze. Jemu szaremu, dziwnie ciepłemu i jej, takie zamroczonej, ale i radosnej podejrzanie, dziwnie skoczliwej, wszystkim zachwyconej. Jej, tak bardzo innej niż wtedy, gdy widziała ją po raz pierwszy… a przecież nie było to aż tak dawno. Trzy cielaki temu, może cztery? Może…

Zauważyli ją oczywiście.

On najpierw, bo wiedział. Czekał, jakby ona dżentelmeńskość jakoś go nagle omotała i spętała i nie pozwalała pierwszemu się odezwać, czy też nawet uczynić jakiegoś znaku, że ją zna, widzi, że przypomina sobie to wszystko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aakirkeby…

Oczywiście kościół.

Bo przecież. Wyróżnia się oną swoją szarością i brunatnością kamieni. Grubymi ścianami, skromnymi mimo wszystko oknami. Dla tych przyzwyczajonych do barokowości, rokoko, wszelkich złoceń, aniołków, postaci o dość bogatych kształtach, może być zaskoczeniem. Bo tutaj to zawsze łódź. Ona bezpieczna przystań na wzburzonym morzu. Jedyna droga do portu, w którym czeka przynajmniej chwila wytchnienia…

Takie mamy tutaj kościoły.

Wiecie, ubogie w zdobienia, ale przecież to całkiem logiczne.

Ale co do cmentarzy, oj tutaj poszaleli. Może i te równe ścieżki i trawniki szokują niektórych idealnością, to już same pomniki potrafią po prostu zachwycić różnordnością. Od odwzorowań wszelkiej różnorodności natury, kawałków kory, pni, drzew po wszelkie rzeźby, inspiracje pogańskie… ale są i ptaszki, akurat bardzo popularne i jeszcze aniołki oczywiście.

No ale miasto to nie tylko kościół przecież. Chociaż spoglądając na nazwę, to raczej tak, czyż nie?

Kościół jak kościół, dookoła niego, onej wielkiej bryły, miejskie kolorowe domki, dużo onej wyspowej czerwieni. Okna z niewielkimi firankami albo odkryte, ujawniające ich wnętrza, albo cudowne wystawki na półeczka specjalnie do tego przystosowanych. One figurki, rzeźby, roślinki, kamienie, kawałki drewna… wszystko. Miejska okienna sztuka. Coś niesamowicie fascynującego, czego jestem sama częścią już od wielu lat… kurcze, rzeczywiście!!!

Ale… wróćmy do miasta.

Rzeczywiście przejście się tymi uliczkami, chodniczkami, dookoła, między domami, zaglądając to tu to tam jest zaskakujące. Bo nawet w tym okresie, ludzi tutaj jak na lekarstwo. Nie żebym narzekała, ale byliśmy tam w niedzielę i nikogo nie spotkałam poza kolesiem stojącym na stawie. A dokładniej na drewnianej łódce na płytkawym miejskim stawie. Intrygujący koleś, ale mnie bardziej zachwyciły drzwi. Kurcze, niesamowite są. Niebieskie, drewniane, czerwone. Mieszane w barwach, walczące o palmę piękna z oknami, o ono zainteresowanie się drapiące.

Krzyczące: jesteśmy lepsze.

Po drodze do stawu minęłam najfajniejszą fontannę na świecie.

Właściwie, czy to fontanna, czy raczej coś na kształt konstrukcji artystycznej nie wiem, można się kłócić. Ale wielkie, drewniane, czarne koło, które obraca się i przerzuca wodę z jednej strony na drugą obrośnięte nasadzonymi kwiatami w czerwieni i fiolecie, jakoś tak rozciesza oną suszę. To pluskanie, sporadyczne powiewy wiatru… spokój i tylko te fale. I te krople. I to korytko, w którym zielonkawa woda, ale czyściutka, taka wersja z Krainy mitycznego pana Oza i nagle, gdzieś tak w środku Wyspy człowiek znajduje się w całkiem innym świecie.

Na chwilę.

Ale przecież takich miejsc jest cała masa. Każdy może sobie wybrać co tylko swojego. Ukochanego, ulubionego. Popatrzeć się w okna, udając, że nie patrzy. Pogładzić obłażące farbą ściany, bo akurat takie lubi i poglapić się na drzwi. I pomacać drzewa, właśnie te miejskie i jeszcze spróbować pooddychać…

Spróbować, bo jakoś nie idzie.

Zewnętrze to obecnie jebana Amazonia. Coś, czego chyba nigdy nie doświadczyłam. Serio Egipt był świeższy z pustynią i pełnym słońcem. Wszelkie lata, które przetrwaliśmy w Polsce czy na Ibizie to był pikuś. To, jak teraz śmierdzi Wyspa wali umieraniem. Chorobami wszelakimi i dziwnym przemęczeniem. Na dodatek znajomi mówią, że w Finlandii morze dotarło w stopniach do 27u, więc wiecie, jest kanał.

Po kiego przepłacacie za Hawaje?

Tu nie ma rekinów!

No, na razie…

Przerażająca myśl, gdy człek patrzy na mapkę pogody i widzi ów fiolet. Potem zagląda w prognozę pogody i widzi, że obiecany deszcz zniknął. Właściwie, to robią to co tydzień. Wrzucają, że będzie padać, a potem to wymazują. Obiecali od jutra ochłodzenie i chyba też im się odmieniło… więc żar się pogłębia, nie opada.

Serio, planuję już sukulenty w ogródku!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.