Pan Tealight i Czarowne doznania…

„Właściwie, to chyba po raz pierwszy na Wyspę przybyło coś tak kompletnie niepersonifikowalnego. Coś beznogiego, bezgłowego, może i myślącego, ale jednak wiecie, żadna tam baba, chłop, czy coś tam pomiędzy jak to teraz jest w modzie. Po prostu uczucie, ale takie jakby namacalne. Nienazwane. Nie do końca określone, ale też jakoś tak bytujące, prawdziwe i pełne.

Po prostu je czuli.

Ono Coś.

Co dziwne, czuli to w wielu miejscach, jakby było czymś na kształt nie do końca wielce ośmiornicy zwielokrotnionej, która nagle objęła swoimi mackami całą Wyspę i nie zamierzała jej już puścić. Może i nigdy? Może tak bardzo pokochała, że postanowiła się przytulić, przykleić i przyssać… w końcu nie była ciężka, ni jakoś tam opisowa, wyczuwalna dotykiem, więc dlaczego nie?

Dlaczego?

Tym bardziej, że ono Coś było piękne, cudowne i wzruszające. Poruszało w każdym one najgłębsze, najradośniejsze wspomnienia i przywoływało je na powierzchnię, a potem jakoś tak nie pozwalało im zatonąć.

Już nigdy…

Ale czy można z czymś takim żyć bez konsekwencji? W stadium dziwnej, darmowej radości? Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała, zbyt dobrze i zbyt boleśnie, że jej wspomnienia siedzą głęboko z ważnych powodów, a zresztą, serio… nic na tym świecie nie jest za darmo.

Nic kompletnie… nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Market.

Ten sam co rok temu i dwa lata temu, ale jednak… coś nowego. Tak, ten market to ten sam, który jeździ sobie po Europie i wydaje sie, że głównie zawiadują nim Włosi. Nawet na stoisku Fińskim wszyscy mówili po włosku, więc nie wiem o co chodzi, ale kiełbaski z Niemiec były, sery z Włoch były i jakieś napitki, suszone owoce, fudge z UKa i do tego tym razem kamienie mniej lub bardziej szlachetne, geody i takie tam oraz oczywiście ona cała metalurgia z Polski. Naprawdę wymiatają te rzeźby.

Gdyby tylko człek mógł…

Ale nie może.

Łosia z Finlandii też nie, no ale… żeby nie było, że nie był. Zresztą podobnie jak masa innych ludzi i Turyścizny i Tubylców oczywiście.

Jeden problem?

Cóż… finansowo dogadującysię.

Nie oszukujmy się. Duńczyk jest u siebie i będzie używał jednego języka, a nawet udawać, że po angielsku nie mówi. Jak nic potrzeba tłumacza!!! I to co najmniej jednego na kilka stoisk. Nie widzę w tym większego problemu, a naprawdę można by ulepszyć ono całe marketowe doznanie. No i płatności. W kraju, gdzie większość płaci telefonem brak takiej formy płatności ucina ręce i dorosłym i dzieciom. Widziałam malucha, który musiał odłożyć misia, bo mama gdzieś polazła, a tata miał tylko telefon!

Serio, trzeba to zmienić.

A poza tym jak zwykle warto. Nawet przy tej temperaturze i suszy smrodku żadnego. Sery nadal walą jak powinny. Genialne sery! No i jeszcze mięska, jakieś tam mieszanki, konfitury, ubawiła mnie tylko lawenda z Prowansji. No weźcie no, to jak wożenie drewna do lasu. Chociaż wiecie, może i niektórzy lubią, ale ognia wciąż nie wolno palić, więc uważajcie. Ban na grille też nadal załączony.

Teraz w całej Danii.

Jest źle…

Jeżeli chodzi o suszę, to przyznaję, że w życiu czegoś takiego nie widziałam. Po prostu nigdy. A trochę już żyję. Tych umierających drzew, braku traw, ziemi wypalonej, spękanej. Tych dziwnych pustek w miejsce, w którym powinny być kwiaty, umierających krzewów, które przecież są dość wiekowe, więc korzenie mają głęboko… to wszystko wygląda po prostu strasznie.

Depresyjnie, okrutnie i porażająco smutno.

Nigdy nie widziałam umierających tak grupowo brzóz i orzechów. Drzew jednak wytrzymałych. Sypiących się liści w początkach lipca, braku owoców. Maciupkich, zagubionych jabłuszek w miejscach, gdzie jeszcze coś się utrzymało… ale nawet pszczelarze informują, że miodu to raczej nie będzie. W końcu kwiatów brak. Na moich ziołach, które już powoli kończą kwitnąć – co jest szokujące – uwijają się wzajemnie i bąki i pszczoły i motyle. Jakby chciały ściągać tego wszystkiego jak najwięcej. Co zastanawia, to to, że wybierają tylko zioła. Gdzieś mają róże, które już przekwitają, gdzieś mają wymyśle roślinki powsadzane przez ludzi w doniczki, ot by było kolorowo.

One uciekają od nich…

Może powinno nam to coś powiedzieć?

Ale najdziwniejsza jest sama pogoda. Wrząco i gorąco, ale poranki dziwnie pochmurne, co nie oznacza że zimne. Po prostu nie ma słońca. Ono zwykle pojawia się w okolicach południa, lub nawet popołudnia. Zaskakujące… Oczywiście co chwilę pogodynka rzuca nadzieją na deszcz, ale po kilku dniach wszystko to się rozwiewa i cała ta nadzieja znowu wali nas na glebę.

Rozgrzaną mocno, twardą, spękaną glebę…

No i morze…

Nadal go mniej, nadal dziwne, no i już można zauważyć kwitnące algi. Uważajcie na to, bo serio nie warto zaliczyć zgona od czegoś takiego. Może to jeszcze nie ta cała koszmarność, ale jesteśmy już blisko, a przy tak niskim poziomie wody pójdzie szybko. Przecież nie mieliśmy deszczu od kwietnia tak naprawdę. Spadło dnia jednego kilka kropli, ale co to było… cała nasza wyspowa roślinność karmiła się jak dotąd tym, co zostało po tej późnej, długiej, zaskakującej zimie.

Ludzie się denerwują, ptaki i zwierzaki niespokojne, naprawdę…

… przeraża mnie to.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.